nr: 1/2017Powroty

Interpretacje

Fot. Jupiterimages
Mieszkaniec Bastylii kupczący szampanem i marzeniami. Pokolenie cyganów z Grub Street

 

„[...] najbardziej szalony ów, kto ozdobne księgi miłuje swą duszą, nie treść ich [...], lecz ów grzbiet złocony”

 

Kiedy w 1889 roku La Goulue, Valentin le Désossé i Jane Avril rozpoczynali swe „demoniczne pląsy” na deskach Moulin Rouge, przyciągając najelegantszych hulaków na Montmartre [1], rzesze przyjezdnych i szukających wymyślnej rozpusty w „Paryżu obłędnym”, „Paryż pracujący” kierował swe kroki na Wystawę Światową, zorganizowaną dla uczczenia stulecia Rewolucji Francuskiej [2]. Cyganeria zamieszkująca na stokach Wzgórza „królicze jamy” w obrębie fabryki fortepianów, brudne budy „zawalone rzeczami jak kram na Pchlim Targu” i małe pokoiki z żelaznymi łóżkami, należała do Belle Époque. Powstała kilka lat później Cyganeria Pucciniego odwoływała się jednak do czasów Paryża prehaussmannowskiego, Paryża murgerowskiego, w którym można odnaleźć echa Straconych złudzeń, magicznego wyobrażenia Balzaka, sięgającego do Ancien Régime, gdzie duch Oświecenia i Rewolucji towarzyszył narodzinom cyganerii [3].    

 

Regencja Filipa Orleańskiego była okresem niezwykłej aktywności umysłowej, związanej ściśle z rozkładem „wielkiego” stylu reprezentacyjnego i wzrostem rozluźnienia dyscypliny ogólnej, szczególnie zaś akademickiej doktryny, która usiłowała przedstawić klasyczny ideał sztuki jako zasadę ustanowioną przez Boga. Jeszcze w ostatnich latach panowania Ludwika XIV powstały na dworze koła, w których artyści zdobywali dla siebie protektorów, nieposiadających zmysłu artystycznego, ale będących przede wszystkim szczodrzejszymi od samego władcy opiekunami. Ci sami artyści zaczynali również pracować dla króla i księcia, zmieniając tylko styl, odpowiednio do każdorazowego zleceniodawcy. Idylliczna sceneria sielanki stała się tłem dla kształtowania nowej publiczności, złożonej z arystokracji i zamożnego mieszczaństwa, wśród których sztuka zajmowała miejsce równe pospolitym i popularnym narzędziem, służącym celom prywatnym. Rokoko, w przeciwieństwie do chłodnego i ciężkiego baroku, szeroko odznaczającego się w królewskiej i państwowej działalności artystycznej, reprezentowało sztukę delikatną i frywolną, przekładającą intymność i jasność ponad elegancję i złoto, „pojmowana przede wszystkim jako źródło przyjemności i zabawy, pozbawiona ambicji społecznych, patriotycznych i wychowawczych” [4]. Sztuka ta rozwija się niebezpiecznie blisko gustu drobnomieszczańskiego, który wkrótce wyznaczy nową epokę kultury, przeciwną wobec rygoryzmu form, racjonalizmu, materializmu, odda pierwszeństwo sile intelektu i obiektywnemu oglądowi świata. Stając pomiędzy gloryfikacją bohaterskości a zabawą, której w rzeczywistości oddawała się za Ludwika XIV, ta sama szlachta, za czasów panowania kolejnego króla, opowie się za hedonizmem, najbardziej odpowiednim światopoglądem dla życia bogatej burżuazji [5].

 

Karczując kolejne poziomy dworskiej pompatyczności, kopiąc w najgłębszych pokładach „życia prywatnego” osiemnastego wieku, który miał olśniewać swą intelektualną politurą, odnaleźć można „brudne” manuskrypty, niemych świadków sekretnie krążących we Francji „książek filozoficznych” [6], niezwykle poczytnych i niezwykle niebezpiecznych [7]. Naruszają one fundamenty oświecenia, na których zbudowana była „»rokokowa« wizja markizów i hrabin w pudrowanych perukach niefrasobliwie zabawiających się wśród lustrzanych sal i strzyżonych szpalerów” [8], dolce vita! Wyłania się zatem nowy obraz oświecenia, kolejna odsłona wersalskiego Ancien Régime’u, niemająca jednak wstępu na królewskie salony, chyłkiem jeno wkracza do libertyńskiej sypialni, boi się bowiem zimnych ścian bastylskiego więzienia. Sprowadzając na ziemię nimfy i satyrów z rokokowej galerii, prześmiewczo traktując metafizyczne wynurzenia i intelektualne rozgrywki,  osiemnastowieczni autorzy ustanawiali nowy repertuar tematów, czyniąc to z perspektywy swojego pustego brzucha, dziurawych butów, nikłych szans na zdobycie progów Akademii i salonu Madame d’Houdetot, Necker czy Saurin [9].

 

Paradoks Republic of Letters tkwił zatem w jej pozornej niehermetyczności, a odnosił się szczególnie do wolności poglądu, awansu niezależnego od pozycji społecznej, zdobywanego drogą kompetencji i zdolności [10], rzadziej urodzenia oraz poczucia wspólnoty naukowców i philosophes, odnajdujących płaszczyznę porozumienia bez względu na wyznanie i pochodzenie. Ilość definicji próbujących wyznaczyć granice Republic of Letters, określić dokładnie jej mieszkańców, stworzyć ich krótkie charakterystyki, a przede wszystkim rozwiązać paradoks pozornej wolności jest bardzo duża [11]. Większość badaczy zgadza się jednak, że samo pojęcie implikuje dwie równorzędne definicje: „[...] on the one hand, the Republic of Letters is a historiographical tool to refer to networks of scholars organized around academic institutions, learned journals, informal gatherings and epistolary exchanges; on the other hand, it is the normative ideal of a community of scholars and writers who have egalitarian and personal relationships, autonomous from political power, from religious solidarities and from national identities. In Anne Goldgar’s words, the Republic of Letters is a »reflexive event«” [12].

 

Ścieżki kariery mieszkańców Republic of Letters okazywały się bardziej splątane, niż wskazywałaby na to definicja Lilti, a szczególnie jej drugi wariant. Osiemnastowieczny Paryż wybrał sobie bowiem inne królestwo i innego króla, który rozdzielał zaszczyty, niż dwieście lat wcześniej uczeni z nowonarodzonej wspólnoty. Gdy szesnasto- i siedemnastowieczną Respublica literaria tworzyła elita intelektualna, w pełni zasługująca na określenie savants, której jedynym celem była budowa wspólnoty uczonych, kultywujący antyczny ideał republiki, wolnej od nietolerancji platformy wymiany wiedzy, to nowe stulecie przyniosło radykalną zmianę pojęcia ‘Republic of Letters’.  Sami bowiem jej mieszkańcy uzyskali nowy status gens de lettres i philosophes, pragnących wkupić się w łaski elit, a jedyną instytucją, która im to umożliwiała był salon, wymarzone królestwo wpływowych władców le monde [13].

 

Rozkwit salonów paryskich przypadał dokładnie na drugą połowę osiemnastego wieku, kiedy nie stanowił już instytucji literackiej, ale był arystokratycznym bastionem, „szkołą dobrego smaku i grzeczności, bez manii, prostą i bezpretensjonalną. [...] przyjemności życia towarzyskiego łączyły się w nim z wyszukanym przepychem” [14]. Wyznacznikiem obycia i świetności salonu była „światowość” gospodarza, otwierającego drzwi swej świątyni dla pisarzy i czyniącego literaturę marką i uwieńczeniem prestiżu własnego domu. Uczestniczący w rozrywce elit, biorący udział w dyskusjach [15], tworzący na cześć swych protektorów, pisarze swą osobą budowali pozycję i reputację salonu. W zamian, men of letters [16] otrzymywali podarki i pieniądze, a najgorliwsi bywalcy, m.in. d’Alembert, Morellet, czy Thomas [17], odbierali z rąk Mme. Geofferin renty. Nie był zatem salon rozumianą sensu stricto instytucją literacką, ale raczej pomostem, który otwierał przez pisarzami możliwość zdobycia arystokratycznego lub królewskiego mecenasa. Autorzy bowiem bez znaczącej fortuny i stabilnej pozycji społecznej stawali wobec poważnej groźny nędzy, a jedynym antidotum okazywało się wówczas bywanie na.salonach i szybkie dołączenie..do sieci paryskiej elity. Relacje panujące między arystokratą i man of letters z jednej strony opierały się na modelu politycznej wierności i literackich usług, przybierając postać klientelizmu, z drugiej natomiast - na możliwości nagradzania autora za swoją pracę, co oznaczało patronat par excellence. Implikuje to swoiste formy uznania wartości braci na rzecz kultury. Natomiast w kontekście salonu wynagrodzenie nie wynika z wykonanej pracy, literackiej przychylności czy żądania publicznych pochwał. Swoistą formą szczodrego podarunku jest majątek zawarty w możliwości obcowania ze szlachecką elitą. W ten sposób protekcja czyniła pisarza man of the world, odpowiednio elastycznym i zdolnym do podporządkowania się wymogom salonu, jednocześnie na tyle pojętnym, by potrafił rozszyfrować system kodów panujących w hermetycznym świecie kulturalnego towarzystwa [18].

 

Pozycja ekonomiczna i społeczna pisarzy zmieniła się radykalnie, kiedy za usługi poczęto nagradzać ich wysokimi urzędami i równie wysoką zapłatą, co wyraźnie wpłynęło na zmianę ich wizerunku w oczach opinii publicznej. Wydawać by się mogło, że literacka brać  zyskała jednak za panowania Ludwika XVI pewien społeczny awans, wynikający z większego zapotrzebowania na słowo pisane. Piśmienność wzrosła w ciągu wieku dwukrotnie, profity ekonomiczne i usprawnienia systemu edukacji wpłynęły na wzrost czytelnictwa. Pisarze winni w tym wypadku czerpać korzyści z księgarskiego boomu, rzeczywistość wskazywała jednak na to, że to wysoko postawione „lwy salonowe” otrzymywały całą finansową zdobycz, natomiast mniejsi autorzy tonęli w literackim proletariacie [19]. Zwrócić należy również uwagę na fakt, że rząd cenił i nagradzał jedynie i wyłącznie za okazane mu „przysługi” polityczne, nie zaś umiejętności literackie i zalety moralne [20]. Wątpliwa lojalność wobec władzy, niepewne źródła dochodu czy nieskuteczna propaganda stanowiły główne czynniki, które wpływały na obniżenie dotacji, a nawet wykluczenie samowolnego literata z listy wspomaganych szczęśliwców. Monarcha wspierał przede wszystkim prawdziwych savants, prawdopodobnie dlatego, by rekrutować z nich nową elitę intelektualną, zdolną piórem opisać później dobroczynność dworu i tworzyć jego wizerunek. Nie wszyscy jednak uzyskali takie możliwości: Delisle de Salles, Mercier i Carra znajdowali się w gronie wyciągających żebracze dłonie w stronę rządu, który określił ten literacki motłoch mianem odchodów i pozostawiał bez żadnych funduszy [21].

Świat literacki zwykł dzielić się zatem, nawet w dobie posażnych protektorów, na „grube ryby” z le monde, brylujące na salonach wśród śmietanki świata arystokracji  i „płotki”, cyganerię dryfującą na pograniczu niższego mieszczaństwa, plebsu, „proletariatu” intelektualnego i ludzi z marginesu [22]. Drugą grupę zwykły reprezentować dzieci prowincji, które przybyły do Paryża zapewnione o swoim talencie i szansie zostania kolejnym philosophe. Nie byli jednak świadomi, że zagęszczenie ludzi pióra we francuskiej stolicy znacznie już przekroczyło normę, rynek został bowiem nasycony i teraz wypluwał na bruk pisarzy pozbawionych protekcji [23]. Również fundamenty instytucji wydawniczych nie mogły udźwignąć nadmiaru pisarzy, przybywających wielką falą od czasu, gdy Prévost i Le Sage udowodnili, że możliwe jest życie „z pióra” zamiast renty. Jednak otwarty, „demokratyczny” charakter związku między wydawcą a pisarzem, który zapewni lepsze warunki finansowe niż na początku wieku i nie pozostawi twórców głodnymi, pojawi się dopiero w dziewiętnastym wieku. Mimo tych niebezpieczeństw Paryż ciągle gromadził rzesze nowych adeptów sztuki, poszukujących sławy, pieniędzy i wysokiego miejsca w społeczeństwie, niespodziewających się odmowy [24]. Drzwi kariery pozostawały jednak ciągle zamknięte ze względu na ich niskie urodzenie i skromne majątki. Paryskim rozbitkom pozostawało jedynie zazdrośnie spoglądać na karierę brylujących w salonie wybrańców i poszukiwać nowego rynku dla siebie, zaspokajającego ambicje i wypełniającego pusty brzuch [25].

 

„Cóż to, posiadasz ten talent, a brak ci chleba! Nie wstydzisz się, nieszczęsny?...”

 

Bohema osiemnastowieczna, która narodziła się u progu preromantycznej rewolucji, stworzyła „łatwopalną” wspólnotę, która niespodziewanie eksplodowała w ostatnich dwudziestu pięciu latach Old Régime. Efekt tej detonacji Darnton określił mianem Grub Street. Pojęcie odnosiło się pierwotnie do londyńskiej ulicy znajdującej się nieopodal zubożałych Moorfields, a szczególnie jej noclegowni, burdeli i kawiarni, wypełnionych niedocenionymi adeptami sztuki pisarskiej [26]. Zostali oni zmuszeni do porzucenia swoich „szekspirowskich” aspiracji i zarabiania jako hack writers obok wydawców z dolnej półki i księgarzy sprzedających low-literature. Grub Street egzystowało na marginesie londyńskiej sceny dziennikarskiej i literackiej, stała się również synonimem miernego pismaka, który gotowy jest kupczyć swoimi dziełami i talentem w zamian za marne wynagrodzenie. Czy istniała podobnie funkcjonująca wspólnota w Paryżu? Oczywiście, nawet większa w liczbie uczestników, choć niepozwalająca się uchwycić w całej swej krasie. Cyganie pozostawali bowiem rozproszeni po wszystkich poddaszach stolicy, nie stworzyli sąsiedzkiej społeczności, która wspólnie kpiłaby ze swego losu, mając za nic dawne marzenia o glorii a’la Wolter [27]. Upadek prowincjonalnego młodzieńca, marzącego o literackim parnasie, w przestrzeń tej ulicy okazywał się często nieodwracalny – Grub Street rzadko pozwalała opuścić swoje podwoje na rzecz londyńskich, czy w kontekście bohemy francuskiej – paryskich salonów [28].

 

Poza siedzibą w Paryżu i Londynie Grub Street posiadała też inne wcielenia, które powstawały wraz z przemieszczaniem się cyganów z tych dwóch głównych ośrodków. Bruksela, Amsterdam, Berlin, Sztokholm, Sankt Petersburg i inne miasta posiadały namiastki kultury Grub Street. Kiedy paryscy pisarze nie mogli rozwijać, czy nawet rozpocząć swojej artystycznej kariery, długi czy lettre de cachet spędzały im sen z powiek, rozpoczynali poszukiwanie fortuny wszędzie, gdzie mogli zużytkować swoją fascynację. Zarabiali na życie, ucząc języka francuskiego, tłumacząc, sprzedając książki, reżyserując sztuki, parali się dziennikarstwem, robili kariery w wydawnictwach, a wszędzie gdzie docierali, rozprzestrzeniali bakcyl francuskiej mody, począwszy od nakryć głowy, skończywszy na książkach. Jedna z największych kolonii uchodźców istniała w Londynie, a jej początki sięgają prześladowań hugenotów, którzy tutaj znaleźli schronienie po odwołaniu edyktu nantejskiego [29]. Historia cyganów z Grub Street, choć w wielu punktach krzyżująca się z losami Manon Lescaut, nie miała w sobie szczypty romantycznej czy operowej słodyczy. Rzesze diderotowskich kuzynków otoczonych murem Grub Street zamknęło się w jej skorupie, w ten sposób tworząc dla siebie nowy świat, który niekoniecznie miał być nową Arkadią.

 

By wyjaśnić, dlaczego paryska Grub Street nie oferowała cyganom żadnej możliwości ucieczki, a w ten sposób hodowała na swym łonie rzesze niezadowolonych ze swej niskiej pozycji artystów, którzy pałali nienawiścią do grands, należy zwrócić uwagę na ówczesną sytuację na rynku kulturalnym, akcentując przy tym wyraźnie pojęcie „przywileju”. Cechy, które dzięki łasce królewskiej otrzymywały dodatkowe uprawnienia, szybko monopolizowały rynek produkcji i dystrybucji słowa drukowanego. Nie zważając na rozpaczliwe sygnały płynące ze strony niezrzeszonych, korporacje te nie pozwalały rozwinąć skrzydeł twórcom nowych działań na rynku i skuteczne tłamsiły wszelkie przejawy ekspansywności ze strony potencjalnych wrogów. W ten sposób przeludniony światek podziemia literackiego nie mógł w żaden sposób uzyskać pomocy, co więcej, bezskutecznie próbował wyjść z marazmu przy pomocy własnej inicjatywy. Nie pomagali im w tym pracujący jeszcze efektywniej niż policja księgarze, którzy przejęli obowiązki stróżów prawa, strzegąc Francję przed nielegalnymi książkami – stanowili najsurowszego i jednocześnie najbardziej skutecznego cenzora, zabezpieczając rynek przed dziełami niebezpiecznymi dla króla i dla ich kieszeni. Dla mieszkańców Grub Street oferowali jedynie nędzne skrawki, którymi pogardzało le monde, a mogły stać się strawą dla rodzin ubogich pisarzy. Wskazanie zatem na struktury organizujące ówczesny rynek wydawniczy rodzi przesłanki, na których osadnicy z prowincji opierali swoje nadzieje związane z osiągnięciem sukcesu w stolicy. Przybywając bowiem w latach 70. i 80. XVIII wieku i gromadząc się we wspólnocie młodych „zapaleńców”, byli przekonani, że Republic of Letters rzeczywiście istnieje – jest sui generis Arkadią, społeczeństwem niezależnych, ale solidarnych indywidualności. Doświadczenie pokazało im jednak, że prawdziwy świat literatury funkcjonuje na zupełnie innych zasadach, nota bene, mechanizm ten obowiązywał też w innych przestrzeniach Ancien Régime’u: by opublikować artykuł w „Mercure”, zagrać rolę w Comédie Française,  skierować swą książkę ku Direction de la librairie, zdobyć miejsce w Akademii, wejście do salonu. Straż w postaci rzeszy biurokratów wymagała jednego biletu wstępu, a nie był nim talent artysty, lecz przywileje i protekcja. Spoglądając zatem z perspektywy Grub Street, wspólnota Republic of Letters była kłamstwem [30].

 

Siedziba bohemy przemawiała wieloma języka każdej zamieszkującej ją społeczności [31], jednak bez względu na sposób komunikacji najbardziej niepospolitym i wyjątkowym był język libelles [32] – stanowił żywe i tętniące energią serce Grub Street [33]. Jak podaje Voltaire, „On nomme libelles de petits livres d’injures. Ces livres sont petits, parce que les auteurs ayant peu de raisons à donner, n’écrivant point pour instruire, et voulant être lus, sont forcés d’être courts. Ils y mettent très rarement leurs noms, parce que les assassins craignent d’être saisis avec des armes défendues. Il y a les libelles politiques. Les temps de la Ligue et de la Fronde en regorgèrent. Chaque dispute en Angleterre en produit des centaines. On en fit contre Louis XIV de quoi fournir une vaste bibliothèque” [34].

 

Zaczynem do pojawienia się libelles był mauvais propos albo poufna rozmowa na dworze, która umożliwiała płynne przejście do bruit public, publicznej wrzawy, która narastała wokół plotki. Całość zostawała włączona w struktury nouvelles à la main, ręcznie sporządzane artykuły, niezwykle popularne przed pojawieniem się drukowanej prasy. Dopiero wtedy plotka mogła zostać wtłoczona w formę libelle albo burzącej ład książeczki, która szybko stawała się bestsellerem, natomiast dzięki kilku seriom wydań docierała do wielu czytelników i zdobywała wśród nich zagorzałych wielbicieli [35]. 

 

Najbardziej złośliwe i kąsające libelles powstały właśnie dwie dekady przed Rewolucją Francuską [36]. Mogły przybierać formy plakatu, piosenki [37], rysunku, pamfletu albo książki. Ostatnia z form ewoluowała najszybciej, począwszy od niewielkiej książeczki złożonej z połowy lub całego arkusza w formacie in octavo do objętości sporej książki. Zawsze jednak spójne w swej bezwzględnej kąśliwości, napisane stylem szokującym i niemal sensacyjnym, pełne gry słów, wyszukanych metafor, wyzywających zwrotów skierowanych do autorytetów, mówiących otwarcie przeciwko uznanym i wybitnym [38].

Istniały jednak specyficzne wyznaczniki libelles pochodzących z lat 70. i 80. XVIII wieku, które sprawiły, że te rozkwitające w czasie krwi Frondy zdają się być wiosennymi kwiatami, świeżymi i żywymi w swej treści i formie, natomiast w formie ataku wyznaczały swoim następcom „wysokie wymagania”, by móc konkurować w urąganiu przeciwnikowi [39].

 

Pierwszym wyznacznikiem osiemnastowiecznych libelles jest ich objętość: w przeciwieństwie do swoich poprzedników, autorzy nie zamykali się w krótkich formach, tworząc dzieła jedno- (Anecdotes sur Mme la comtesse du Barry), cztero- (Vie privée de Louis XV), dziesięcio- (L’Espion anglais), a nawet trzydziestosześciotomowe (Mémoires secrets pour servir à l’histoire de la république des lettres en France). Niewielka objętość pamfletów wpływała znacząco na ich siłę oddziaływania wśród odbiorców, ale oznaczała również niską trwałość i tendencję do przemijalności dzieła. Libelles w formie sążnistej książki włączały ją w obszar gatunków mających wyższe szanse pozostania osiągalnym dla następnych pokoleń. Wpływał na to również drugi czynnik, jakim był system dystrybucji, który zmienił lokalną cyrkulację niewielkiej liczby egzemplarzy książek w obszerny i prężnie działający system komunikacji wydawniczej, który obejmował swym zasięgiem całe królestwo. Kolejnym aspektem nowych libelles była ich forma ataku. Osiemnastowieczni pamfleciści nie krępowali się umieszczać anegdoty z królewskiego życia seksualnego w kontekście ówczesnej historii – gdy La France galante ograniczyła panowanie Ludwika XIV do serii miłosnych intryg, Vie privée de Louis XV obejmowała sześćdziesiąt lat jego politycznych zmagań w państwie. Pamfleciści nie tylko wiązali sprawy kraju z „szeptami i krzykami” dochodzącymi z buduaru du Barry, ale również wkraczali bezpośrednio do królewskiego łóżka. Odnajdując paralelę między starczą niemocą króla a éducation sexuelle, jaką zdobyła kochanica władcy w paryskich domach publicznych, tworzyli w swych wulgarnych dziełach wizję królestwa bez króla par excellence, ale z królową dzierżącą berło. Zwrot od krytyki jednostek ku krytyce monarchii jako systemu stanowi jeden z fundamentalnych wyznaczników osiemnastowiecznych libelles [40].

 

W celu poznania wszystkich zaułków najpopularniejszego paryskiego libelle [41] należy najpierw zaparzyć w dzbanku kawę i uważnie obserwować, by nie wykipiała. Mała nieuwaga w tym zakresie sprawiła bowiem, że monarcha i Mme. du Barry stali się niechlubnymi bohaterami serii plotek, a fraza „La France! Ton café fout le camp!” niemal legendarną. Uszy osiemnastowiecznej społeczności zszokowała wypowiedź kochanicy króla, bowiem w powszechnym uzusie komunikacyjnym zwrot te mógł zostać skierowane jedynie do lokaja pochodzącego z prowincji, nie zaś samego władcy. Stosując zatem wyrażenie „La France”, Mme. du Barry uznała króla za swego lokajczyka, czyniąc to w sposób niezwykle wulgarny, odpowiedni jednak do jej plebejskiej natury, którą niespecjalnie starała się ukrywać pod osłoną „dworskości”. „Fout le camp” należało do języka domu publicznego, nie zaś przestrzeni, gdzie przebywał władca. Ta niefortunna sytuacja stała się rdzeniem Anecdotes sur Mme. La comtesse du Barry, klasycznego przykładu libelle zorganizowanego wokół problemu awansu z domu publicznego na tron. Jednak nakreślenie postaci Ludwika XV jako antytezy ukochanego króla Francuzów Henryka IV, odważnego na wojnie, dumnego na dworze i pobożnego w Kościele, wywołało szczególny niesmak wśród poddanych. Ówczesny monarcha pogrzebał wszystkie nadzieje powrotu pierwszego Burbona w jego osobie, dokonał bowiem „kawowym” incydentem profanacji godności królewskiej i, jak stwierdził Darnton, wówczas „berło stało się równie słabe jak królewski penis” [42].

 

Istniał jednak pewien królewski przywilej, który opierał się władzy czasu i  w pełnym wymiarze świadczył o absolutnej władzy królewskiej – lettre de cachet. Korzystała z niego rodzina, gdy została postawiona wobec niechlubnej rozwiązłości ich członka, pragnąca uniknąć odwoływania się do zwykłego wymiaru sprawiedliwości, którego działania mogły pozbawić ją honoru w teatrze mieszczańskiego życia. Zasada działania listów z królewską pieczęcią była bowiem bardzo prosta – „aresztować bez rozgłosu, nie dopuścić do skandalu, ukryć winę i winnego – i to wszystko jednym królewskim gestem” [43]. Mniej więcej od połowy stulecia stosowanie nakazów aresztowania przybrało na sile, a ich uzyskanie stało się niezwykle łatwe. Namiestnik policji paryskiej uzyskał bowiem przywilej posługiwania się królewskimi rozkazami, szczególnie wtedy, gdy w grę wchodziło publiczne bezpieczeństwo, spokój i ochrona miasta oraz czyny przestępców. Berryer, Sartine, Lenoir zasłynęli z nadzwyczaj częstego ich stosowania [44], stanowiąc swoistych pośredników między uświęconą władzą królewską a inicjatywną prywatną rodziny. Król i ojciec jednoczą się niemal obok siebie, by za pośrednictwem lettre de cachet zaprowadzić ponownie w ognisku domowym utraconą harmonię i publiczny spokój [45].

Z tej perspektywy intelektualnych katastrof, Wielka Rewolucja i charakter jej polityki wydają się bardziej zrozumiałe. Szczególnie zaś wtedy, gdy zejdzie się z pompatycznego poziomu encyklopedystów i wejdzie w zatęchłe uliczki Grub Street, gdzie mężczyźni pokroju Brissota tworzyli stosy gazet, afiszy, piosenek, karykatur i plotki, które powodowały osobiste kłótnie i frakcyjne rywalizacje w ideologicznej walce o przeznaczenie Francji [46].

 

 

„Lepiej tańczyć do dźwięku kajdan, niż gryźć na próżno pęta”

Osiemnastowieczna bohema, choć stanowiła uwerturę dla działań Hugo, Gautiera, Murgera czy Rimbauda, była wyspecjalizowaną grupą artystyczną, która przeszła wyczerpujący trening jako hack writer w podziemiach literatury. Bardzo często, a zdarzało się to regularnie, gdy macki Bastylii poczynały dosięgać nieszczęśnika, przekroczenie Kanału La Manche i zapoznanie się z londyńską społecznością okazywało się konieczne, by w pełni zasłużyć sobie na miano cygana, a nawet cygana maudit. Wielu z nich zajęło się współpracą z „Le Courier de l’Europe”, dwutygodnikiem wydawanym w Londynie i przedrukowywanym w Boulogne-sur-Mer. Większość jednak nie przestawała doskonalić się w swoim fachu, czerpiąc garściami z licznych plotek i pewnych, aczkolwiek niesprawdzonych informacji, zaspokajając potrzeby Francuzów na nielegalną literaturę, wypełnioną smaczkami z królewskiej sypialni. Owoce ich pracy krążyły wśród handlarzy  podziemia, natomiast otwarcie były sprzedawane w Londynie, przede wszystkim w księgarni na St. James Street kierowanej przez genewskiego uchodźcę – Boissièrre’a [47].

 

Najsłynniejszym libelliste pokolenia cyganów z Grub Street był więziony w Bastylii, kupczący szampanem „łotr, szelma, nicpoń i rozpustnik” Anne Gédéon Lafitte, Marquis de Pelleport. Był on następcą słynnego pamflecisty, Charlesa Théveneau de Morande’a, redaktora „Le Gazetier cuirassé”, który zasłynął ze swoich ataków na kanclarza Maupeou’a i Mme. du Barry. Pisanie „niegrzecznych” tekstów okazało się dla niego źródłem bogactwa – rząd francuski postanowił bowiem przekupstwem zamknąć usta krnąbrnemu artyście. Wysłano w celu negocjacji Beumarchais’a, który uczestnicząc w serii barokowych intryg wartych Figara, Morande zgodził się zatuszować sprawę za, bagatela, trzydzieści dwa tysiące liwrów i dożywotnią rentę czterech tysięcy ośmiuset liwrów! Inni pamfleciści szybko poszli jego śladem, wkrótce zaś całe piśmiennictwo zamieniło się w spółkę oczerniająco-szntażującą. Sam Morande szybko zrezygnował z tej lukratywnej kariery i został francuskim szpiegiem, który miał za zadanie demaskować swoich dawnych kolegów [48].

 

Pelleport był nie tylko bardziej utalentowany od swojego mistrza, ale i sprytniejszy w czerpaniu z tego korzyści finansowych. Przedstawił rządowi serię swoich dzieł: Les Passe-temps d'Ant, (nawiązujące do życia seksualnego królowej), Les Amours du visir de Vergennes, (niewinny atak na ministra spraw zagranicznych), Les Petits Soupers et les nuits de l'Hôtel Bouillon, (ciekawostki dotyczące orgii, w których brała udział księżniczka de Bouillon, jej służące wraz z ich partnerami i markiz de Castries). Przypuszcza się jednak, że dwie pierwsze prace w ogóle nie powstały, a stanowiły jedynie rodzaj broni, której prezentacja miała zaowocować otrzymaniem stu siedemdziesięciu pięciu  luidorów. Królewski negocjator, Receveur, o pseudonimie „baron de Livermont”, nie będąc upoważnionym do licytowania tak wysokich stawek, zbiegł do Paryża nie wypełniając powierzonego mu zadania. Tańcem radości Pelleporta było napisanie nowego libelle Le Diable dans un bénitier – w którym drwił z przegranej misji zniszczenia ośrodka pamflecistów [49].

 

Triumf markiza okazał się jednak przedwczesny, wkrótce został bowiem zwabiony w pułapkę Boulogne-sur-Mer, gdzie czekał już na niego najsilniejszy minister w Wersalu i główny tajny agent w Londynie – Morande. Aresztowany jedenastego lipca 1784 roku, kolejnego natomiast dołączył do Pelleporta drugi cygan Paryża, Jacques-Pierre Brissot de Warville. Dla pierwszego Bastylia miała pozostać domem na cztery lata i trzy miesiące [50], Brissot natomiast opuścił jej mury już po czterech miesiącach. Gdy jego przyjaciel Brissot, kolejny pamflecista Francji, założyciel upadłego musée został zapamiętany przez potomnych jako lider żyrondystów w czasie rewolucji francuskiej, wiedza o dalszych losach Pelleporta zaginęła w mrokach dziejów [51]. Nie jest nawet łatwo ustalić, kim był lider pierwszej parysko-londyńskiej bohemy i pierwszy aktor sceny pamflecistów. Policyjne raporty, datowane na 1784 rok, przynoszą pewną ilość informacji: „He is the son of gentleman in the household of Monsieur [the king’s elder brother]. He was expelled from two regiments in which he served, Beauce and Isle-de-France, in India, and was imprisoned four or five times at the request of his family for dishonorable activities. He spent two years wandering through Switzerland, where he got married and got to know Brissot de Warville. He was a student at Ecole militiaire, not the best one it ever turned out. He has two brothers who also were trained there and who discharged dishonorably, just like him, from the regiments in which they were placed” [52].

 

Kolejne dokumenty pochodzące z Bastylii uzupełniają ogromne luki w tym niewielkim obrazie biograficznym Pelleporta. Prawdopodobnie urodził się w Stenay, małym mieście niedaleko Verdun. W latach 70. XVIII wieku wyemigrował do Szwajcarii, gdzie ożenił się z pokojówką, a wkrótce znalazł pracę jako guwerner. W 1783 roku opuścił swoją rodzinę, by szukać sposobu na zdobycie majątku w Londynie. Pelleport fortuny nie zdobył, natomiast został zmuszony do ponad czteroletniego wypoczynku w murach Bastylii, której był świadkiem zniszczenia. Jako pierwszy pamflecista Francji, nie skorzystał z szansy, by rozpocząć karierę w prasie czy polityce. Prawdopodobnie powrócił do Stenay [53], a jeżeli przygotowywał w ciągu następnych kilku miesięcy jakąś publikację, była to dziwaczna, anonimowa powieść, która nie miała żadnego związku z wydarzeniami lipcowymi 1789 roku – Les Bohémians [54].

 

Powieść tę, podobnie jak życie jej autora, wypełnia sieć zagadek, niejednoznacznych skojarzeń, pytań bez odpowiedzi. Ostatnia jej karta nie zawiera bowiem żadnych informacji na temat dalszych losów tytułowych bohaterów, została zawieszona przed skrętem w kolejny zaułek uliczki, nie wiadomo, co kryje się za nim, nie wiadomo, gdzie skierował swoje kroki Pelleport, nie wiadomo nawet, czy ów tajemniczy „autor” był Pelleportem właśnie, trudno dociec, czy kiedykolwiek próbował dołączyć do cyganerii. Pewne wskazówki zawiera jedna z jego wypowiedzi, osobliwa refleksja na temat literatury: „You see yourselves the misfortunes that my miserable attempt at literature has caused me, and how much I must loathe literature now. I vow nothing frightens me so much as hearing myself called „author!” since at my back I always hear a band of alguazil police stationed at street corners and toll gates, so that the powerful may prevent the contraband important of reason” [55].

 

Les Bohémians jest, poza wszystkimi innymi aspektami, książką o literaturze, literaturze rozumianej jako wielka fabryka pieniędzy, siły i prestiżu. Pelleport na kartach swej powieści pokazuje wszystkie te struktury z perspektywy Grub Street, z zaułków, gdzie nie ma miejsca dla bogatych mecenasów, gdzie szargające opinię innych gazety, plakaty, ulotki, biografie, a przede wszystkim libelles stają się chlebem powszednim dla artysty [56]. W serii retorycznych pytań, które ciągną się na boku głównych wątków, Pelleport dodaje kolejne: „Kochany czytelniku, czy kiedykolwiek twoje dzieła były drukowane za twojego życia?”, „Czy kiedykolwiek byłeś zmuszony przez piekarza czy karczmarza, by pójść w swoich schodzonych butach na targ, gdzie literaccy zbieracze szmat kupczą swoim życiem, tak biedni, że sprzedają własne marzenia, by mieć za co żyć?” [57].

 

Zapewne żaden z czytelników, zdaniem Pelleporta, nie wie, czym może być literacka pielgrzymka osiemnastowiecznego Lucjana de Rubempré: Otóż, zwraca się do nieświadomego nabywcy książki, wytłumaczę ci wszytko, nie pominę żadnego detalu, choć wiem, że „Your impatience is growing by leaps and bounds, but I had every right to take care of my own interests, before satisfying yours: every man for himself. No – I refuse to be a martyr to foolish impartiality, neglecting my own affairs. I admit I chat a bit about myself: but where do you find an author who forgets himself in his work?” [58]. Docierasz do biura słynnego wydawcy, Charlesa-Josepha Panckoucke’a, dzierżysz w dłoniach swoje cenne dzieło, być może monsieur zainteresuje się taką perełką, opisującą w dwóch tomach życie nieszczęśliwego mieszkańca Grub Street [59]. To się nie sprzeda – odpowie Panckoucke i pokaże ci drzwi. Zabierasz zatem swoje manuskrypty do wydawcy drugiej kategorii, Nicholasa-Augustina Delalaina, którego śliczna córka właśnie ustawia książki na sklepowej półce. Uśmiecha się przy tym szczerze, sądząc, że jesteś potencjalnym klientem. Szybko jednak serdeczność zamienia się w złowrogie spojrzenie, bowiem dowiedziała się, że jesteś nędznym pisarzyną. Woła zatem matkę, po co ojciec ma tracić na ciebie czas, która nawet nie chce słyszeć o poezji, a na powieść reaguje furią i wyrzuca cię z księgarni. Ostatnią deską ratunku pozostaje Edme-Marie-Pierre Desauges, wierny towarzysz hack writers, sprzedawca zakazanych książek, który już dwukrotnie odwiedzał Bastylię. Oczywiście, zabiera kopię twojego dzieła, zapowiadając rychły sukces. Kiedy wracasz uszczęśliwiony na swoje poddasze, cały świat śmieje się do ciebie szeroko, gospodarz, piekarz, dostawca wina oferują kolejne kredyty, do twoich drzwi puka policja i trafiasz prosto do Bastylii. Desauges w tym czasie drukuje i sprzedaje pozostawioną przez ciebie kopię powieści i czerpie z niej obfite zyski. Po opuszczeniu więzienia literatowi nie pozostało nic innego, jak tylko udać się do Hôtel-Dieu i umrzeć [60].

 

Tylko niewielka liczba odbiorców albo żadna, spoglądając na liczbę kopii, które przetrwały i brak recenzji i nawiązań w ówczesnych źródłach, mogła odpowiedzieć na prowokacyjne zaczepki Pelleporta. Les Bohémians nie sytuowała się w sercu wydarzeń, jakie w latach 90. XVIII wieku burzyły cały porządek Francji, tworzyły nowy świat, odcinając się od minionych zdarzeń. Czytelnicy nie mieli żadnego powodu, by interesować się pozbawionym sławy autorem libelles, cyganem z Grub Street i jego towarzyszami. Świat, ten, którego pragnęli i do którego dążyli, już nie istniał – Republic of Letters rozsypała się wraz z Bastylią. Pelleport pozostał zawieszony między „kiedyś” a „teraz”, nieprzystający do czasów, których narodziny oglądał, wciąż opierał się na cudownej wizji szczęśliwych bohemians, dla których miał nadzieję odnaleźć miejsce obok literackiej elity. Z kart powieści nie zostało zatem nic, co mogłoby zainteresować człowieka żyjącego w nowy świecie, świecie, gdzie cnotliwe sylwetki wyzierały spod gilotyny. Talent Pelleporta jako pierwszego autora libelles broni się jednak przed unicestwieniem – wieczna jest magia Grub Street, która przywołuje zupełnie odmienną wizję Ancien Régime’u, niezmienne pozostaną literackie potyczki nie zawsze „czyste”, a przede wszystkim żywi będą cyganie, pierwsze pełne uosobienie cyganerii, ojczyzna dziewiętnastowiecznej bohemy [61].

 

--------------------------------------------------------------------------------------------------

 

[1] Zob. J.-P. Crespelle, Utrillo. Uniesienia i niedole cyganerii Montmartre’u, przeł. H. Olędzka, oprac. A. Osęka, PIW, Warszawa 1976, s. 20-21.

[2] Zob. F. Ziejka, Paryż młodopolski, PWN, Warszawa 1993, s. 7.

[3] Zob. R. Darnton, Introduction, w: A.-G. Lafitte, Marquis de Pelleport, Les Bohémians, translated by V. Folkenflik, Philadelphia 2010, s. IX.

[4] Z. Libera, W kręgu klasycyzmu, rokoka i sentymentalizmu, w: Tegoż, Oświecenie, WsiP, Warszawa 1974, s. 60.

[5] Zob. A. Hauser, Społeczna historia sztuki i literatury, przeł. J. Ruszycówna, oprac. J. Starzyński, t. 2, PIW, Warszawa 1974, s. 7-31.

[6] Podkreśla to szczególnie Robert Darnton, opierając się na badaniach Daniela Morneta: „Mornet set out to capture that experience, la littérature vécue, by finding out what people read under the Old Regime. He began by counting books, a great many of them: 20 000 in all,which he compiled from auction catalogues of eighteenth-century private libraries. After accumulatiung a mountain of index cards, he decided to determine how many copies of Roussea’u Social Contract had benn unearthed. Answer: one. One copy in a mass of 20 000 works! It looked as though the greatest political treatise of the century, the bible of French Revolution, went unread before 1789. The connecting links between the Enlightenment and the Revolution seemede to dissolve. Instead of pondering argumkents about popular sovereignty and the General Will, the French appear to have amused themselves with the sentimental novels of Mme Riccoboni and the adventure stories of Thémiseul de Saint-Hyacinthe. The Revolution was not «la faute à Rousseau», and propbably not «la faute à Voltaire»”. R. Darnton, The Forbidden Best-Sellers of Pre-Revolutionary France, New York, London 1995, s. XVIII.

[7] Venus in the Cloister or the Nun in a Nightgown, The Woman of Pleasure, The Pastime of Antoinette (a reference to the Queen), Authentic Memoirs of Mme. la Comtesse Du Barry, Monastic News or the Diverting Adventures of Brother Maurice, Medley by a Citizen of Geneva and Republican Advice dedicated to the Americans, Works of La Mettrie, System of Nature. Zob. R. Darnton, The High Enlightenment and Low-life of Literature, „Past and Present” 1971, no 51, s. 81.

[8] W. Rostworowski, Historia powszechna: wiek XVIII, PWN, Warszawa 2002, s. 5.

[9] Zob. R. Darnton, The High Enlightenment..., s. 83.

[10] Ostatnie dwadzieścia pięć lat Old Régime przyniosło bowiem paradoksalnie znaczący wzrost prestiżu zawodu pisarskiego, zmiana była tak widoczna, że nawet wizytujący Francję Anglicy opisali ją słowami Woltera: „Pisarzów [...] otacza powszechny szacunek i to jest największą dla nich zaczętą”. Wolter, List 23, w: Tegoż, Listy o anglikach albo listy filozoficzne, przeł. J. Rogoziński, oprac. J. Adamski, PIW, Warszawa 1953, s. 171.

[11] Zob. L. W. B. Brockliss, Calvet’s Web: Enlightenment and the Republic of Letters in Eighteenth-Century France, Oxford, New York, 2002; S. Dalton,  Engendering the Republic of Letters: Reconnecting Public and Private Spheres, Montreal 2003; L. Dalston, The Ideal and Reality of the Republic of Letters, „Science in Context” 1991, nr 2, s. 367-386; D. Goodman, The Republic of letters: a cultural history of the French enlightenment, New York 1994; S. D. Kale, French Salons: High Society and Political Sociability from the Old Regime to the Revolution of 1848, Baltimore 2004; A. G. Shelford, Transforming the Republic of Letters: Pierre-Daniel Huet and European Intellectual Life, 1650-1720, Rochester, New York 2007.

[12] A. Lilti, The Kingdom of Politesse: Salons and the Republic of Letters in Eighteenth-Century Paris, „Republics of Letters: A Journal for the Study of Knowledge, Politics, and the Arts” 2009, nr 1, s. 2-3, http://arcade.stanford.edu/journals/rofl/files/article_pdfs/roflv01i01_Lilti_071609.pdf,

ścieżka dostępu: 21. 08. 2011.

[13] Le monde was at once a social group, defined by its practices of sociability, and a system of values which affirmed and proclaimed the virtues of these practices. It was a central institution in the life of Parisian elites from the beginning of the seventeenth century to the end of the nineteenth century, and its height (around 1750–1850) coincided with a period of crisis and redefinition of aristocratic prestige, during which the court nobility reinterpreted its criteria for honor and included within polite society those who conformed to its standards of behavior and acknowledged its preeminence. Long associated with military valor, and subsequently with noble birth, aristocratic prestige rested increasingly on the manners of the man of the world (l’homme du monde) and on the cultural practices of polite society, like reading, theater, or poetry. Tamże.

[14] M. von Boehn, Rokoko. Francja w XVIII stuleciu, przeł. P. Hulka-Laskowski, Warszawa 1932, s. 416, cyt. za: M. von Boehn, Salon paryski w wieku XVIII, w: Z. Libera, dz. cyt., s. 304.

[15] Salon był również odpowiedzią na niezaspokojony głód plotek i apetyt na nowe informacje z życia elit. Zapewne lakoniczny i beznamiętny byłby salon Mme Doublet, gdyby w jej apartamencie w Enclos des Filles Saint-Thomas nie znajdowały się dwa spore spisy: pierwszy zawierał doniesienia uważane za wiarygodne, drugi – plotki. Całość tworzyła smakowite menu dla znudzonych bywalców salonów, przedmiot rozważań na cały czas spotkania. Wiadomości owe zdobywał służący gospodyni, którego można określić mianem pierwszego „reportera” w historii Francji. Zob. R. Darnton, An Early Information Society: News and the Media in Eighteenth-Century Paris, „The American Historical Review” 2000, nr 1(105), s. 2-3. Zob. również J. Łojek, Świat rozwiązłości umysłów i obyczajów, w: tegoż, Wiek markiza de Sade, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1973, s. 7-14; K. Rutkowski, Raptularz końca wieku, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 1997, gdzie „bez osłonek” opisane zostały „kolacje wolnościowe” i liczne przygody miłosne za czasów Ludwika XV („chełpiącego się zboczeniami fanfarona”), żywo biorącego udział w owej nieskrępowanej kulturze zamkniętej w „świątyniach innego rodzaju” (salonach towarzyskich, literackich i filozoficznych).

[16] „Gens de Lettres, (Philosophie & Littérat.) ce mot répond précisément à celui de grammairiens: chez les Grecs & les Romains: on entendoit par grammairien, non - seulement un homme versé dans la Grammaire proprement dite, qui est la base de toutes les connoissances, mais un homme qui n'étoit pas étranger dans la Géométrie, dans la Philosophie, dans l'Histoire générale & particuliere; qui sur - tout faisoit son étude de la Poésie & de l'Eloquence: c'est ce que sont nos gens de lettres aujourd'hui. On ne donne point ce nom à un homme qui avec peu de connoissances ne cultive qu'un seul genre. Celui qui n'ayant lû que des romans ne fera que des romans; [...]aujourd'hui l'homme de lettres ajoûte souvent à l'étude du grec & du latin celle de l'italien, de l'espagnol, & sur - tout de l'anglois. La carriere de l'Histoire est cent fois plus immense qu'elle ne l'étoit pour les anciens; & l'Histoire naturelle s'est accrûe à proportion de celle des peuples: on n'exige pas qu'un homme de lettres approfondisse toutes ces matieres; la science universelle n'est plus à la portée de l'homme: mais les véritables gens de lettres se mettent en état de porter leurs pas dans ces différens terreins, s'ils ne peuvent les cultiver tous”.  F.-M. A. de Voltaire, Gens de Lettres, w:  Encyclopédie ou Dictionnaire raisonné des sciences, des arts et des métiers, t. 7, Paryż 1757, s. 600.

[17] Szczególnym przykładem kariery salonowej osiemnastowiecznego Eugène de Rastignaca jest historia Jean’a-Baptiste’a-Antoine’a Suarda, który wykrzyknął swoje: „Teraz się spróbujemy!” w wieku dwudziestu lat, kiedy przybył z prowincji do Paryża, zaopatrzony jedynie w trzy atuty: dobry wygląd, dobre maniery i wujka – Paryżanina. Początkowo Suard pisywał szkice o wielkich współczesnych, dzięki protekcji abbé Raynala uzyskał możliwość publikacji w „Mercure” oraz bilet wstępu do le monde. Gdy zdobył dla siebie miejsce w „Gazette de France” z niebagatelną pensją 2500 liwrów za kilka godzin pracy, postanowił uczynić pierwszy niekonwencjonalny krok – ożenić się. Philosophes zazwyczaj pozostają kawalerami, a towarzyszki ich życia nie bywają z nimi w salonie. Suard postąpił inaczej, nie dość że zabierał swoją żonę na spotkania, to pozwolił jej stworzyć własny salon, który został przyjęty z entuzjazmem. Zdobycie własnego miejsca w le monde oznaczało tylko jedno – zarabianie pieniędzy. Gdy Morellet otrzymywał 6000 liwrów, Marmontel 5000 liwrów, Chamfort – 3200, Saint-Lambert – 1053, Bernard de Saint-Pierre – 1000, Suard natomiast zamykały się w okrągłej sumie 8600 liwrów. Zob. R. Darnton, The High Enlightenment..., s. 84-86.

[18] Zob. A. Lilti, dz. cyt., s. 6-7. „Bez elegancji i dowcipu, bez znajomości świata i tysiąca drobiazgów, z których się on składa nie można było liczyć na znalezienie drogi do tych kół tak czarujących. Tylko w nich można było bawić się przyjemnie. Gawędzono o sprawach najzwyklejszych, a gawędy te były pianką szampana, która ulatnia się i nic po sobie nie pozostawia, ale jej smak jest niewymownie miły. Kto jej raz zakosztował, temu wszystko inne wydawało się ckliwe”. M. von Boehn, dz. cyt., s. 305-306.

[19] Funkcjonując jako quasi-libertyni  niższej burżuazji, plebsu, kręgu z pogranicza marginesu, cyganeria artystyczna zrodzona z upadłych ludzi pióra przyjmowała pewne wzorce postawy wyzwolonych rozpustników, zwracała się jednak przeciwko libertynizmowi elity, piętnując jej nadużycia. Sami cyganie nie określali się mianem libertynów, odnosząc to pojęcie jedynie do arystokratów, braci Valmonta Choderlosa de Laclosa. Zob. C. Rowiński, Paradoksy libertynizmu, „Literatura na świecie” 1993, nr 1-3,  s. 89-90.

[20] O trudzie bycia żebrakiem, gdy wokół „tylu zasobnych głupców, których kosztem żyć można” szeroko wypowiadał się z filozoficzną dla siebie powagą diderotowski kuzynek mistrza Rameau: „jest dziesięć tysięcy dobrych stołów w Paryżu, każdy na piętnaście lub dwadzieścia nakryć, a ze wszystkich tych nakryć żadne nie jest dla ciebie! Tysiąc małych pięknoduchów bez talentu, bez zasługi, tysiąc stworzonek bez uroku, tysiąc płaskich intrygantów ubiera się dobrze, a ty chodziłbyś nago! Byłżebyś tak niedołężny? Nie umiałbyś pochlebiać jak inni? Nie umiałbyś kłamać, przysięgać, krzywoprzysięgać, dotrzymywać lub nie dotrzymywać jak inni? Nie umiałbyś skakać na czterech łapkach jak inni?”. D. Diderot, Kuzynek mistrza Rameau, przeł. L. Staff, PIW, Warszawa 1979, s. 34-35.

[21] Zob. R. Darnton, The High Enlightenment..., s. 88.

[22] Zob. C. Rowiński, dz. cyt., s. 98-99.

[23] Mallet du Pan twierdził, że około trzystu pisarzy, włączając sporą liczbę hacks stara się o rentę u Calonne’a: „Paris  est plain de jeunes gens qui prennent quelque facilité pour du talent, de clercs, commis, avocats, militaires, qui se font auteurs, meurent de faim, mendient même, et font des brochures”. Mémoires et correspondance de Mallet du Pan: pour servir à l'histoire de la Révolution française, recueillis et mis en ordre par A. Sayous, t. 1, Paris 1851, s. 130.

[24] Woltera postrzegał ten bezdomny, obdarty motłoch nie jako zaczyn nowego pokolenia pisarzy, ale skupisko mętów, robiące tłok na literackiej ulicy, margines, znajdujący się na drabinie społecznej niżej od prostytutek. Zob. R. Darnton, The High Enlightenment..., s. 18.

[25] Tamże, s. 18.

[26] Londyńska Grub Street stała się miejscem niemal mitycznym, a na siłę jego oddziaływania wpływały m.in. następujące dzieła: A. Pope, Dunciad; J. Gay, The Beggar’s Opera; D. Defoe, Moll Flanders; J. Swift, A Tale of a Tub; S. Johnson, Life of Mr Richard Savage. Zob. R. Darnton, Introduction, s. X.

[27] Szczególnym literackim „impulsem”, który na nowo wprowadza życie w zapomnianą społeczność Grub Street we Francji i na nowo definiuje rolę osiemnastowiecznego pisarza jest dzieło Diderota Kuzynek mistrza Rameau, Woltera, Pauvre Diable, Rousseau, Wyznania i Merciera, Obraz Paryża. Zob. R. Darnton, Introduction, s. X.

[28] Zob. R. Darnton, The High Enlightenment..., s. 95.

[29] Zob. R. Darnton, Introduction, s. XI.

[30] Zob. R. Darnton, The High Enlightenment..., s. 100.

[31] Wielość sposobów komunikacji we Francji może zaskoczyć nawet współczesnego człowieka, który jest za pan brat z najnowszą techniką: mauvais propos, bruit public, on-dit, pasquinade, pont-neuf, canard, feuille volante, factum, libelle, chronique scandaleuse. Poza tym łańcuchem krzyżujących i przenikających sposobów przekazywania informacji, każdy paryżanin wiedział, że wystarczy udać się tylko pod ogromny kasztanowiec „Kraków” w ogrodach Palais-Royal. Zawsze można było znaleźć tam plotkarzy, którzy szczodrze dzielili się najnowszymi wieściami wprost z korytarzy dworu. Zob. R. Darnton,  An Early Information Society..., s. 2.

[32] „The libelle (libel) [is]  scandalous account of public affairs and private life among the great figures and  the court and capital. The term does not get much use in modern France, but it belonged to common parlance in the book trade of Ancien Régime, and the authors of such works were listed in the files of the police as libelistes (libelers)”. R. Darnton, Introduction, s. XI.

[33] Libelles stanowiły również odpowiedź na cenzurę, jaka panowała we francuskiej prasie: jeżeli jakiekolwiek czasopismo odważyłoby się skrytykować rząd, bardzo szybko zostałoby zamknięte przez policję. „Gazette de France”, „Mercure” i „Journal des savants” oferowały swoim czytelnikom jedynie garść niepotrzebnych wiadomości, pozbawionych plotkarskiej pikanterii: „Un peuple qui veut s’instruire, ne se contente pas de la gazette de France. Que lui importe le roi ait lavé les pieds à des pauvres qui ne les ont pas sales: que la reine ait fait ses pâques avec le comte d’Artois: que Monsieur ait daigné agréer un livre que peut-être il ne lira pas: et le parlement en robes, ait harangué un dauphin en maillot? Il veut à la fin savoir tout ce qui se dit et tout ce qui se fait à la cour, pourquoi et pour qui un cardinal de Rohan s’amusoit à enfiler des perles; s’il est vrai que la comtesse Diane commoit les généraux d’armée, et la comtesse Jule, des évêques, combien le ministre de la guerre donnoit de croix de Saint Louis à sa maîtresse pour ses étrennes. C’est au  crayon des malins à fixer ces notes scandaleuses qui chaque jour se succedent et s’envolent”. L.-P. Manuel, La police de Paris dévoilée, t. 1, Paryż 1791, s. 201-202. 

[34] Voltaire, Œuvres complètes de Voltaire, t. 14, Dictionnaire philosophique, Paris 1860, s. 107. .

[35] R. Darnton,  An Early Information Society..., s. 7.

[36] „GORSAS: proper for all kinds of vile jobs. Run out of Versailles and put in Bicétre [a jail for especially disreputable criminals] by personal order of the king for having corrupted children whom he had taken in as lodgers, he has withdrawn on to a fifth floor of the rue Tictone. Gorsas produces libelles. He has an arrangement with an apprentice printer of the Imprimerie polytype, who has been fired from other printing shops. He [Gorsas] is suspected of having printed obscene works there. He peddles prohibited books. AUDOUIN: calls himself a lawyer, writes nouvelles à la main, peddler of forbidden books; he is connected with Prudhomme, Manuel, and other disreputable authors and book-peddlers. He does all kinds of work; he will be a spy when one wants. [...]  MERCIER: lawyer, a fierce, bizarre man; he neither pleads in court nor consults. He hasn't been admitted to the bar, but he takes the title of lawyer. He has written the Tableau de Paris, in four volumes, and other works. Fearing the Bastille, he left the country, then returned and wants to become attached to the police. MARAT: bold charlatan. M. Vicq d'Azir asks, in the name of the Société Royale de Médecine, that he be run out of Paris. He is from Neuchâtel in Switzerland. Many sick persons have died in his hands, but he has a doctor's degree, which was bought for him”.  R. Darnton, The High Enlightenment..., s. 103-104. 

[37] Jedną z najbardziej popularnych była La Bourbonnaise, oczywiście dotycząca la comtesse du Barry: „Quelle merveille! / U ne fille de rien; / U ne fille de rien, / Quelle merveille! / Donne au Roi de l’amour, / est à la cour! [...] Que de postures! / Elle a lu l’Arétin; / Elle a lu l’Arétin; / Que de postures! / Elle sait en tout sens, / Prendre les sens. [...] Viens sur mon trône, / Je veux te couronner, / Je voux te couronner, / Viens sur mon trône: Pour sceptre prends mon V... (Vit) / Il vit, il vit!”. Zob. R. Darnton, The Forbidden Best-Sellers..., s. 365-366.

[38] Tamże, s. 200-204.

[39] „Bougre bougrant, bougre bougré, / Et bougre au suprême degré, / Bougre au poil, et bougre à la plume, Bougre en grand et petit volume, / Bougre sodomisant l’Etat, / Et bougre du plus haut carat...”. P. Scarron, La Mazarinade, in Scarron, Oeuvres, I, Geneva 1970 (reprint of 1786 edn), s. 295. 

[40] Zob. R. Darnton, The Forbidden Best-Sellers..., s. 211-213.

[41] Darnton opracował sui generis listę bestsellerów, które funkcjonowały na szerokim obszarze podziemia literatury w ostatnich dwudziestu latach przez Wielką Rewolucją. Zachęca  zapoznać się z następującymi dziełami: M. F. Pidansat de Mairobert and B. J. F. Moufle d'Angerville, Journal historique de la révolution opérée... par M. de Maupeou; J.-B. L. Coquereau, Mémoires de l'abbé Terray;  M. F. Pidansat de Mairobert, L'espion anglais;  Mémoires de Louis XV (anonymous). R. Darnton,  An Early Information Society..., s. 27-28.

[42] R. Darnton,  An Early Information Society..., s. 26-27.

[43] Zob. A. Farge, Rodziny. Honor i sekret, przeł. M. Cebo-Foniok, w: Historia życia prywatnego. Od renesansu do oświecenia, pod red. R. Chartiera, t. 3, oprac. P. Ariès [et al.], przekł. z jęz. fr. M. Zięba, K. Osińska-Boska, M. Cebo-Fonion, red. nauk. przekł. tomu trzeciego J. Maroń, Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, Wrocław  1999, s. 619.

[44] Praca inspektorów policji paryskiej nie ograniczała się jednak tylko do lettre de cachet, czego przykładem jest dorobek Louisa Maraisa, który w latach 1757-1778 śledził skandale obyczajowe, nadzorował miejsca rozpusty, badał obyczajowość erotyczną w środowiskach artystycznych i notował przygody rozmaitych sławnych dam. W celu zapewnienia trwałości swoich obserwacji, niemal codziennie sporządzał raporty, które za pośrednictwem szefa policji królewskiej, Antoniego Gabriela de Sartine, przekazywane były do rąk królewskich. Raporty Maraisa ukazują interesującą panoramę obyczajów libertyńskich w ówczesnym Paryżu, zawierają dziesiątki interesujących historii i stanowią nieodzowne źródło informacji dla badaczy obyczajowości osiemnastego stulecia. Zob. J. Łojek, Za kulisami królewskiej Opery, w: Idem, Wiek markiza de Sade, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1973, s. 50-52.

[45] Zob. A. Farge, dz. cyt., s. 625.

[46] Tamże, s. 327.

[47] Zob. R. Darnton, Introduction, s. XII.

[48] Tamże.

[49] Tamże, s. XIII.

[50] Od 11 lipca 1784 do 3 października 1788 roku; markiz de Sade przebywał w Bastylii od 29 lutego 1784 do 2 lipca 1789 roku. Pozostanie bez odpowiedzi pytanie, czy panowie, ze względu na bliskie sąsiedztwo, pozostawali w jakimkolwiek kontakcie i wspólnie inspirowali się do tworzenia. Tamże, s. XXVI.

[51] Tamże, s. XIV. Obszerne informacje na temat relacji Brissota z Pelleportem, a szczególnie źródłach ich wzajemnej nienawiści można odnaleźć w: R. Darnton, The Grub Street Style of Revolution: J.-P. Brissot, Police Spy, „Journal of Modern History” 1968, no. 40(3), s. 301-327; R. Darnton, The Brissot dossier, „French Historical Studies” 1991, no. 17(1), s. 191-205; R. Darnton, Introduction s. XVIII-XXII.

[52] La Police de Paris dévoilée, II, s. 235-236, cyt. za: R. Darnton, Introduction, s. XIV.

[53] Z bogatej w wydarzenia biografii Pelleporta najbardziej interesujący jest opis francuskich uchodźców, którzy odnaleźli swe nowe miejsce w Londynie: „London, by contrast, appears as a teeming world of adventurers, mountebanks, philosophers, scientists, politicians, agitators, publishers, and journalists. Their names swirl by: Fox; Pitt the younger; Lord North; Paul-Henri Maty, editor of the New Review; David Williams, the radical deist; Joseph Priestley, the champion of Enlightenment and science; Jean-Paul Marat, then struggling to make a name for himself as a scientist; James Graham, the inventor of the electric fertility bed; and an assortment of extravagant characters, probably acquaintances of Pelleport disguised under unidentifiable names: a German charlatan named Muller; an English quack called Remben; a certain J.P.D.; Ashley, a balloonist; Katerfiette, an astronomer; Piélatin, a violinist. In the midst of them all, the poet encounters "une troupe de malheureux Français affamés" – the colony of French refugees”. Tamże, s. XXXIX-XL. 

[54] Robert Darnton odnalazł na całym świecie jedynie sześć kopii owego dzieła: w Bibliothèque municipale de Rouen, the Bibliothèque du Château d'Oron, Switzerland, the Library of Congress, the Taylorean Library of Oxford University, the Bayerische Staatsbibliothek of Munich, i the National Library of Sweden in Stockholm. Tamże, s. 151.

[55] Tamże, s. 147.

[56] Zob. R. Darnton, Introduction, s. XLI.

[57] Zob. A.-G. Lafitte, Marquis de Pelleport, dz. cyt., s. 38.

[58] Tamże, s. 95.

[59] Les Bohémians [?].

[60] Tamże, s. 39-41.

[61] Zob. R. Darnton, Introduction, s. XLIII.

 

Dominika Skiba

Wróć