nr: 1/2015Maska

Interpretacje

M. Porębski,
Sylwa – summa – testament? O "Z. Po-wieści" Mieczysława Porębskiego

 

Nie był to dobry czas dla książek tak nieprzejrzystych i „nie-aktualnych”, jak Z. – rok 1989. Co prawda już od kilku lat trwało poczucie wypalania się, „uwiądu” formuły literatury zaangażowanej [1], jednak napięcie społeczne oraz atmosfera (rzeczywistego/wyczekiwanego) przełomu nie sprzyjały recepcji twórczości o równie holistycznych zapędach. Ponad 60-letni Mieczysław Porębski, zasłużony teoretyk i krytyk sztuki, u schyłku tzw. systemu pokusił się o napisanie pierwszej w swym dorobku książki beletrystycznej. Beletrystycznej, acz zarazem właśnie „systemowej”; pierwszej, ale też od razu jakby ostatecznej w punkcie dojścia, z czym koresponduje próba zmierzenia się z wyobrażeniem Nietzscheańskiego ostatniego człowieka, do którego pod koniec dociera fabuła. A chodziłoby o docieranie do własnej wizji procesów dziejowych poprzez docieranie się rozlicznych głosów, które docierają z rozgałęziających się ścieżek historii (pojętej jako sposób myślenia o upływie czasu). W szaty jakich gatunków bądź zasad przybrane są te głosy i czy owa kreacja jest jedynie postmodernistyczną igraszką prześwietlonymi już kliszami form – nad tym chciałabym się poniżej zastanowić [2].

 

Ze względu na nikły oddźwięk Z. w świadomości czytelniczej, ktoś mógłby domagać się résumé tych 500 gęsto zadrukowanych stron. Tymczasem, jak żartobliwie stwierdził Jan Gondowicz, autor stworzył „powieść, której streszczanie zadawane jest w piekle najgorszym grzesznikom humanistyki” [3]. Wydaje się, iż nie można mówić, o czym jest Z., abstrahując od pytań, czym ta książka jest oraz kim jest (był/będzie) ukryty pod kryptonimem bohater tytułowy. W kwestii ostatniej prowizoryczna odpowiedź mogłaby brzmieć: postacią wędrującą przez dzieje i odradzającą się w kolejnych wcieleniach niczym legendarny Ahaswer tudzież Król-Duch. To, co ma (bo trudno tu o redukcję: „słowa, które” albo „fakty, które” [4]) do prze-kazania między swoim pojawieniem się, a zniknięciem, ujmowane jest na rozmaite sposoby, z odwołaniem do różnych – by posłużyć się nomenklaturą Genette’a [5] – architekstów. Stąd widoczna już prima facie heterogeniczność Z., która nie dziwi, skoro gros powieści XX-wiecznych przyjęło postać hybryd, łączących ze sobą niejednokrotnie szkic historyczny, autorefleksję warsztatową, esej, dziennik, pamiętnik, rozprawę naukową, traktat filozoficzny, zapis snu, wizję poetycką, opis podróży oraz manifest polityczny [6]. Porębski wyzyskał co najmniej kilka konwencji częstokroć mieszanych w drugiej połowie ubiegłego stulecia, sądzę jednak, iż nie powstała z ich zestawienia forma brulionowa, fragmentaryczny amalgamat kulturowych „resztek” [7]. Nawet w poszczególnych partiach książki nie dopatruję się przypadkowej jukstapozycji wielu elementów, mamy tu raczej do czynienia z paroma spoistymi wewnętrznie, ale i powiązanymi ze sobą całostkami. Jakkolwiek kluczowe dla – szeroko pojętego – modernizmu rozbicie form odzwierciedla problematyczność re-prezentacji (w sensie uobecnienia) nie-rozbitej rzeczywistości, pozostało badanie tych zmultiplikowanych zespołów zasad i podejmowanie wysiłków ukazywania w ich kalejdoskopie – mimo wszystko – czegoś nie tylko istotnego, lecz także istotowego.

 

Zasadniczą część książki wypełnia dialog, który – z uwagi na wyeksponowanie jednego rozmówcy i pomocniczą zaledwie rolę drugiego – przypomina wywiad-rzekę. Kim są jego uczestnicy? Nie udziela nam na to pytanie odpowiedzi jakiś tekstowy komentator ich kwestii; brak tutaj w ten sposób pojmowanego narratora, a „narracja” toczy się w obrębie wypowiedzi „bohaterów”. Warto zauważyć przy okazji zbieżność z praktykami Teodora Parnickiego, w którego przypadku wielokroć mówiono o niemal całkowitym wyrugowaniu narratora i emancypacji postaci w kierunku bohaterów dramatu [8]; aczkolwiek w powieści Porębskiego wyizolowanie dyskutantów z sytuacyjnego kontekstu posunięte zostało do granic – wydają się czystymi świadomościami. W perspektywie całości wnioskujemy, że głównym podmiotem mówiącym jest ów tajemniczy Z., którego w końcowej „odsłonie” powieści nadawca listów (i najpewniej porte-parole autora) nazywa „naszym rozmówcą”, „rozmówcą naszego narratora”. Jak natomiast można scharakteryzować tegoż „narratora” (czy raczej - kogoś przeprowadzającego wywiad z Z.)? On zdaje się nie podróżować przez dzieje, natomiast jawi się jako współczesny (autorowi zewnętrznemu) myśliciel, który prowokuje do wynurzeń świadomego swych poprzednich inkarnacji głównego bohatera. Ów „drugi głos” nie tylko podtrzymuje rozmowę, tj. odgrywa rolę fatyczną. Dopowiada i odpowiada, bez wątpienia nie jest naiwnym słuchaczem, lecz równym partnerem swego interlokutora – wykazuje się podziwu godną erudycją, dopytuje o szczegóły [9]. Sprawa wiedzy/niewiedzy obu okazuje się wszakże problematyczna:

„- [...] Zwłaszcza jeśli pamięta się tyle, ile ja muszę, nie muszę – chcę, chciałbym pamiętać.

- Poczynając od?

- Wiesz przecież. Znamy się dość długo.

- Nie tak długo, jak sięga twoja pamięć.

- To zależy. [...]” [Z., 51] [10]

 

Jak sądzę, ostatecznie można wysnuć dwie niewykluczające się konkluzje odnośnie do relacji łączącej obie postacie. Primo: nasz quasi-dziennikarz to historyk, którego „pamięć” częściowo pokrywa się z pamięcią Z. – jego wiedza o przeszłości zapośredniczona jest w przekazach takich, jak opowiadanie tytułowego bohatera. Notabene, ten ostatni istotnie toczy dysputę z pewnym historykiem na jednym z „niższych pięter” opowieści (ma ona bowiem charakter szkatułkowy, a przywoływane przez Z. rozmowy inne niż główna, z racji braku graficznego wyodrębnienia, jeszcze komplikują lekturę). Sam Z. w owym „suplementowym” epizodzie zaprezentowany jest jako filozof i egzegeta; przeważnie zresztą wciela się w poszukiwacza zasady rzeczywistości, uwikłanego w przenikające się prądy religijne, misteryjne, magiczne. Ale i on w projektowanej „na oczach czytelnika” (przyszłej) roli z XXVI wieku okazuje się spoglądającym wstecz historykiem.

 

Przechodzimy więc do zapowiedzianego secundo: niby-dziennikarz oraz jego interlokutor to jedna i ta sama osoba. Wyjaśniłby się przy okazji zapis każdej przytaczanej rozmowy w identyczny sposób, co nadrzędnej – wszystkie one są wątkami wewnętrznego dyskursu bohatera. „[...] nikt nie jest nigdy sam i ciągle w nim ten dialog” [Z., 183] – owo sformułowanie nie odnosi się wyłącznie do referowanych na kartach powieści poglądów Junga. Jak zauważył Aleksander Wat w Moraliach: „Myślę, to znaczy: prowadzę dialog ze sobą. Wszelkie myślenie zatem zakłada rozszczepienie «ja» na innego rzędu «ja» – «nie-ja». Monolog wewnętrzny, czy wypowiadany, jest tylko pewną formą retorycznego dialogu – kogoś przekonywam, komuś się przeciwstawiam [...]” [11]. U Porębskiego tę oscylację ego i alter ego można określić mianem soliloquium, zwłaszcza jeśli należałoby przez nie rozumieć „monolog, który ma charakter rozmowy z samym sobą; roztrząsania podmiotu, który pragnie dociec sensu [podkr. – K. Sz.] swojej postawy duchowej” [12].

 

Właśnie poszukiwanie sensu – w zwierciadle historii – uznać wypada za jeden z wyróżników Z., niepozwalających zaliczyć tej książki automatycznie do ludycznych płodów postmodernizmu, które nie roszczą sobie praw do odkrywania/tworzenia jakichś całości czy fundamentów. Niemniej jednak nie jest to hieratyczne „dzieło”; przez tekst przewija się sporo ironii, choćby w następującym przełamaniu anachronizmem konwencji wspomnienia, które winno wszak dotyczyć życiorysu osadzonego w konkretnych ramach czasowych:

„- Znałeś i Platona?

- Spotkałem go, gdy był jeszcze młodzieńcem.

- A Sokrates? Słuchałeś jego obrony?

- W radio. Czytał ją Jaracz. Pamiętam jak dzisiaj” [Z., 97-98].

Teraz można już powiedzieć explicite, że podobnie jak założenie chronologicznego „sprawozdania” z kolejnych inkarnacji, podważalna okazuje się również wzmiankowana we wstępie wielość głosów. Nie należy się sugerować Bachtinowską koncepcją polifoniczności, skoro bowiem Z. i quasi-dziennikarz mogą być tożsami, tym bardziej wszystkie gmatwające się idee i poglądy podlegają syntezie, aczkolwiek rozproszone są przez pryzmat mnóstwa lustrzanych odłamków – syntetycznych biografii odradzającego się bohatera. Trafniejsze przeto byłyby skojarzenia z chwytem dialogu urojonego, chętnie eksploatowanym przez Parnickiego [13]. Prosta opozycja (?) „ja” i „nie-ja” rozszczepia się na wielość. A ponieważ poszukiwanie sensu w dialogu odbywa się na zasadach empirycznych (tj. indukcji, nie dedukcji) – stąd owa syzyfowa praca gromadzenia jak najliczniejszych głosów przeszłości, konfliktów światopoglądowych, nośnych idei, przełomowych momentów, które rzutowały na bieg zdarzeń i w których można od-poznawać składowe swej tożsamości.

 

Niebezpodstawne będzie ponowne dostrzeżenie analogii do twórczości autora Słowa i ciała: „Wysiłek ogarnięcia wszystkiego odnotowujemy także, rekonstruując mapę i chronologię świata przedstawionego [...] [utworów Parnickiego]. Obejmuje on przecież dwa tysiące lat różnych kultur rozmieszczonych na całym niemal globie [...] najgłębszy sens jego pisarstwa to pragnienie przetworzenia całego świata, całej historii, całej literatury i teologii w materię tworzonego dzieła. Autobiografia duchowa, zapis dziejów świadomości tworzącej, [...] jest tylko soczewką skupiającą to niemożliwe do ogarnięcia wszystko” [14]. Deklaracja chęci „spisania wszystkiego” występuje również np. u Białoszewskiego, Buczkowskiego czy Różewicza [15], o ile jednak u nich przekłada się na niejednorodne „okruchy”, formy kolażowe i wymykające się organicznej całości, o tyle u Porębskiego nie tylko tytuł Z. Powieść brzmi niczym „spowiedź” – cały tekst sprawia wrażenie spowiedzi cywilizacji europejskiej, a zarazem jej summy, traktaktu-kompendium. Czy nie jest to próba chybiona? „Autor obawia się [16], że wyszła z tego książka »profesorska« – konstatuje Mieczysław Dąbrowski w jednym z niewielu omówień powieści – co, niestety, trzeba z żalem potwierdzić: ogromna erudycja, podana w encyklopedycznym stylu, zaszkodziła niewątpliwie czytelności tekstu” [17]. Epitet wzięty w cudzysłów nie oznacza tu oczywiście tzw. powieści uniwersyteckiej (campusowej). A jednak Jerzy Madejski, wymieniając synonimiczne określenia owej odmiany gatunkowej zależnie od tego, na co kładzie się akcent, pisze, że pośród jej nazw znajdują się również „uwzględniające miejsce bohaterów w strukturze uniwersyteckiej (Proffessorromane). Powieść profesorska byłaby zatem szczególną odmianą powieści rozwojowej [podkr. – K. Sz.] (Bildungsromane)” [18].

 

Nie można bodaj owego rozwoju dostrzec w relacjach Z., skoro już w pierwszym (?) swym wcieleniu dochodzi do rangi egipskiego arcykapłana-maga. Wewnętrzną ewolucję przechodzi raczej podmiot snujący wspomnienia z przedwojennej młodości i lagru; osoba, którą czytelnik – zakładając niezależnie od braku jawnych personaliów tożsamość instancji mówiących [19] – identyfikuje z nadawcą wplecionych w powieść listów, nade wszystko zaś z samym Porębskim. Wspomnienia te wykorzystują formułę quasi-dziennika (narrator szybko przechodzi od chwili bieżącej do retrospekcji, do relacji w czasie przeszłym); rozpoczynają się 25 czerwca (punkt wyjścia stanowi początek zamieszek w Radomiu), kończą zaś razem z rokiem 1976. Podobne splecenie form nie jest żadnym ewenementem: na pokrewieństwo gatunkowe oraz płynność granic w obrębie tzw. literatury dokumentu osobistego wskazywał choćby Roman Zimand [20].

 

Listy, autobiografie, dzienniki mają łączyć przeciwieństwo zmyślenia z interesującą fabułą, a status owych gatunków użytkowych czy paraliterackich sam w sobie pozostaje niejednoznaczny; kiedy zaś zostają pozbawione autonomii i włączone w utwór fabularny, potęgują się napięcia między referencjalnością a regułami opowieści fikcyjnej. Teksty tego rodzaju stwarzają przeto wyzwanie dla czytelnika, które w omawianej partii Z. utrudnia dodatkowo awangardowy zabieg usunięcia interpunkcji. Nie całej jednak. Autor zachował kropki orientujące w podziałach międzyzdaniowych, wyodrębnione są kwestie innych osób, a jeśli bliżej spojrzeć na zapisane w taki sposób fragmenty, dostrzec można, że nie mamy tu do czynienia z potokiem składniowym, strumieniem świadomości (konkretnie z bezpośrednim monologiem wewnętrznym wedle terminologii Roberta Humphreya [21]), prędzej z łamigłówką na kształt szkolnego zadania: „wstaw przecinki w odpowiednie miejsca”. Zrazu wydaje się to irytować, niż nieść pewne implikacje poznawcze, jakie daje np. rozczłonkowanie wiersza na wersy według zasady emocyjnej. Czy jednak chodzi wyłącznie o igranie z przyzwyczajeniami czytelników? Urywek z pominięciem przecinków pojawia się, gdy narrator rozważa „logikę organizacji geometrię strachu” [Z., 176] państwa pruskiego; w rezultacie sztuka i przyroda tych ziem na podobieństwo koszmaru mieszają się z grozą wojny. Dłuższy fragment „bezprzecinkowego” tekstu obejmuje natomiast reminiscencje z dzieciństwa oraz młodości i można przyjąć, iż przyśpieszony w ten sposób, swobodny, acz nie pozbawiony rygorów bieg słów stanowi niejako analogon nieskrępowanej młodzieńczej pasji odkrywania (tygiel prądów filozoficznych, wśród nich wyeksponowana rola Freudowskiej psychoanalizy). Z kolei passus oddający intelektualne dyskusje z Henrykiem może narazić się na zarzut wzmiankowanej już encyklopedyczności – wygląda bowiem niczym streszczenie koncepcji różnych myślicieli ad usum Delphini. Warto wszakże pamiętać, że to, co obecnie uważamy za klasykę, w latach 30. XX wieku było nowością wywołującą ferment wśród chciwych wiedzy młodych ludzi i sposób tekstowej realizacji tego przerzucania się przez nich ogólnymi sformułowaniami jak hasłami wywoławczymi sprawia wrażenie trafnego.

 

Czy da się młodzieńcze zapędy i wynurzenia sensownie powiązać z niepojętością doświadczenia obozowego? Zwornikiem takim u Porębskiego jest – jak można się domyślić – Z., którego jedno z wcieleń towarzyszyło narratorowi quasi-pamiętnika w owych latach. W tej najbardziej autobiograficznej części książki występuje on na równych prawach z Irką, Jerzym czy profesorem M.; można więc doszukiwać się w zagadkowej literze zaszyfrowanego nazwiska. Pamiętać wszakże trzeba, że kryptonimowanie aż do nierozpoznawalności postaci w literaturze dokumentu osobistego stanowi tyleż metodę eliminacji zbędnej faktografii na rzecz „czystych” rozmów, idei itp., ile z drugiej strony – wydzielenia prywatnego świata autora, np. kręgu najbliższych mu osób. Tymczasem „Z.” wygląda prawie niczym kryptonim operacyjny jakiegoś „człowieka bez właściwości”, być może – tajnego agenta (vide młody Zagłoba jako „Z” w powieści I u możnych dziwny Parnickiego).

 

Wyobrażenie o następnych upostaciowieniach swego „wiecznego tułacza” rzutowane jest też w przyszłość w ostatniej części powieści. Otrzymujemy tu zbiór listów do „Drogiego T.”, w którym nietrudno rozpoznać Tadeusza Różewicza – bliskiego przyjaciela Porębskiego (co rzecz jasna rzutuje na identyfikację nadawcy korespondencji z autorem zewnętrznym). Pozycja odbiorcy listów przedstawia się wszakże problematycznie. Zwrot do rzeczywistego, konkretnego adresata zdaje się zaledwie pretekstem do swoistego autokomentarza, jakim od pierwszych linijek jest ten w dużej mierze metaliteracki fragment książki. Niemal brak w nim bowiem tradycyjnych wytycznych epistolografii oprócz powtarzanego nagłówka, typowego pożegnania w pierwszym, sygnału nawiązania do ciągłości korespondencji w drugim liście („Dzięki za kartkę”) czy wtrętu uściślającego adresata: „(A swoją drogą, to nigdy jeszcze nie widziałem cię z parasolem. Ciekawe)” [Z., 456]. Niekiedy „list” urywa się w połowie zdania, a dokończenie rozpoczyna się kolejnym „Drogi T.”. Czytamy wprawdzie: „Daruj lukę w korespondencji, ostatniego listu nie zdołałem dokończyć, a więc i wysłać” [Z., 453], niemniej można się zastanawiać, czy w ogóle były one wysyłane, czy może to zwyczajna konwencja służąca celom autotematycznym. Zamiast aktualności, ukierunkowanej na odbiorcę wypowiedzi o intymnym, personalnym charakterze – możliwe warianty zakończenia powieści i objaśnienie jej „dotychczasowej” zawartości. Mniej nachalne wydaje się przecież tłumaczenie swoich założeń przyjacielowi aniżeli domniemanemu odbiorcy, choć uwagi typu: „Ktoś, kto by to czytał, mógłby sądzić [...]” [Z., 461] sugerują uwzględnianie przez nadawcę czytelnika książki w nie mniejszym stopniu aniżeli „T.”. Czyżby autor bał się niezrozumiałości? W klasycznym już szkicu Kariera autentyku Jerzy Jarzębski zauważał: „Nowa sytuacja prozy w drugiej połowie XX wieku polega więc nie na tym, że [...] wprowadzono niefikcyjne elementy do dzieł literackich, ale raczej na zachwianiu konwencji regulującej [...] punkt zerowy i ilościowym wzroście grupy utworów, które ostentacyjnie operują światem-hybrydą o niejasnym statusie ontologicznym, światem wymagającym – w braku uzasadniającej jego kształt konwencji – wsparcia w autotematycznych komentarzach odautorskich” [22]. W Z. niejasność tekstu wewnątrzliterackiego koreluje z niejasnością tekstu historii – oba domagają się hermeneutycznej wykładni.

 

O ile z „my”, w imieniu którego przemawia nadawca listów, może ostatecznie identyfikować się większość ludzi końca XX wieku, o tyle postać autora Niepokoju pozwala też na odwołania do jego idei zbieżnych z tymi reprezentowanymi – jak można przyjąć – przez Porębskiego. Różewiczowska diagnoza kultury (dokonywana wciąż na nowo) staje się odskocznią do futurologicznych rozważań, prowadzonych częściowo w konwencji science fiction. Niejednorodny jest również czas narracji tej „powieści in statu nascendi”: momentami mamy tutaj „rekapitulację” czekających świat wydarzeń w czasie przeszłym, gdzie indziej narrację uobecniającą (preasens), to znów deliberacje w czasie futurum. Narrator nie kryje, że przyszłość tę ustanawia i zaledwie domniemywa; od myślenia o niej nie sposób się jednak człowiekowi uwolnić: „Jaka przyszłość to była, o tym do-wiemy się, też nigdy do końca i ze wszystkim, dopiero potem, gdy i ona będzie już tylko czasem przeszłym. Sprawa nie jest jednak beznadziejna. Bo przecież ktoś tam trzymać musiał w dłoni jeden z takich kamyków. I go rzucić. Rzucić w samą porę. Rozmówca mojego narratora? Czemu by nie. Powiedzmy, że tym razem urodzony zgodnie z Herodotem w roku 2454. Kim był (będzie) wtedy? Powiedzmy, że właśnie ekspertem od spraw wyżywienia” [Z., 465]. W owym „powiedzmy” i innych sygnałach wyłącznie potencjalnego charakteru opisywanych wersji zdarzeń (sedno stanowi mnogość ich wariantów) uwidacznia się koncepcja światów możliwych na terenie literatury (zwłaszcza historycznej) [23], „realność” zdaje się przeto zawisła od aktu imaginacji. Czy można w takim wypadku znaleźć nić przewodnią tej książki – a zarazem wszystkich odmian pisarstwa zużytkowanych w niej przez autora – poza wydumaną jednością wymyślonego (choć w części mającego dla swych inkarnacji realne odpowiedniki) Z.?

 

Jeżeli jako zwornik „wszystkiego” w powieściach (szczególnie późniejszych) autora Tożsamości wskazuje Czermińska „dzieje świadomości artysty”, to omawianą „autobiografię duchową” (ściślej: intelektualną) Porębskiego wypadałoby nazwać „dziejami świadomości historycznej”, czyli indywiduum żyjącego nie tyle pisaniem, ile poznawaniem determinant własnego zakorzenienia w czasie. Dzięki urozmaiconym genologicznym filiacjom następuje tu scalenie paru zagadnień, które skądinąd Jerzy Jarzębski uznał za znamienne dla form paraliterackich: „Z literatury faktu: kwestia relacji pomiędzy prawdą indywidualnego, autentycznego zdarzenia – a prawdą świata jako całości; z autobiografizmu: pytanie, czy w nas samych, w naszych życiowych przypadkach nie tkwi czasem uniwersalny klucz do wszelkich wydarzeń; z autotematyzmu wreszcie: problem warunków kreacji powieściowego świata, kłamstwa literackich konwencji i jego przełamywania. Wszystkie te trzy kierunki pytają w gruncie rzeczy o [...] możliwości realizmu (jeśli tak tu nazwiemy po prostu ujęcie wywodzące obiektywną prawdę o porządku świata [podkr. – K. Sz.] z partykularnej wizji bohatera-jednostki)” [24]. Można przyjąć, że wplecenie w powieść „zapisu życia” służy zarówno od-twarzaniu biografii, prze-twarzaniu konstrukcji literackiej (w celu zwiększenia jej adekwatności), jak i do-twarzaniu prawdy (własnych czasów, indywidualnego losu, myśli). Żeby życie mogło odpowiadać tej prawdzie, musi „zstąpić” do literatury, gdyż ona właśnie w cząstce zdolna jest wyrażać – symbolizować – całe uniwersum.

 

Czy powyższe tłumaczenie wystarczy jednak, by przejść do porządku dziennego nad heterogenicznością Z.? Czerpanie przez Porębskiego z gatunków otwartych, dokumentarnych i form metaliterackich (list, pamiętnik, esej) wykazuje pokrewieństwo z wyodrębnionymi przez Ryszarda Nycza sylwami współczesnymi [25], niemniej trzeba by poszukać swoistej dlań zasady porządkującej. Na pozór tekst in toto sprawia wrażenie polifonii epizodów, zupełnie przypadkowego aliażu, zakłócającego informatywność, powieści worka. Umyślnie sugeruję skojarzenie z autorem Pożegnania jesieni: „Witkacy pisał o swoim bohaterze, iż odczuwa życie, »jadąc ventre à terre po punktochwili« – a więc najbliżej niego, jak tylko można. Punktochwila to właśnie moment, z którego obserwujemy i który pozostaje nieruchomy, gdy wokół zmieniają się dekoracje” [26]. W powyższym kontekście należy rozpatrzyć względność planów czasowych w książce Porębskiego. Wspomnianą punktochwilą (praesens) jest dla niego czas, kiedy dokonuje swej bilansującej refleksji. Dlatego Z. można by uznać za swoisty testament, sumaryczną wizję historyczności, z jednej strony wyrażoną „głosem anonima”, z drugiej taką, w której pragnie się ocalić fenomen własnego losu pod miażdżącym walcem Historii.

 

Niniejszemu postulatowi czynić może zadość przefiltrowanie głosów przeszłości przez świadomość myśliciela, która nie tylko odbiera, ale i reinterpretuje sekwencyjność zdarzeń; stale przenosi się w inną osobę, sytuację dziejową oraz jednoczy się z nimi, gdyż nie poznaje ich wyłącznie za pośrednictwem dokumentów, dzieł i wspomnień, lecz włącza w nie swoje wyobrażenia, przepracowuje je intelektualnie. Okazuje się, że przepaść między literaturą dokumentu osobistego a fikcją nie jest zbytnio rozległa – właśnie za sprawą refleksyjnej, porządkującej świadomości [27]. Świadomość ta nie dyktuje jednak żadnych totalitarnych praw, nie narzuca niepodważalnej wersji zdarzeń – oddając głos(y) Z., ogranicza się do komentarzy i interpretacji, dokonuje dyskursywnych uogólnień zawsze z pewnej perspektywy. Mamy więc tutaj różne poziomy percepcji i artykulacji (po metaliterackość włącznie), przeplata się uczestnik-świadek epoki (zapis indywidualności) z czytelnikiem Biblioteki (drobiazgowy zapis lektur, multum nawiązań intertekstualnych). Trudno powstrzymać się od przywołania figury syllepsis [28], zastosowanej przez Ryszarda Nycza dla nazwania jednego z wyróżnionych literackich ujęć podmiotowości – takiej mianowicie, która byłaby zarówno autentyczna, jak powieściowa, w której autor staje się bohaterem, a równocześnie opowieść staje się nie całkiem fikcyjna.

 

Dostrzegalna w Z. sylwiczna varietas może być zatem rozumiana w sensie wariacji na temat (tekstowego) uwikłania w historię. Nie określiłabym zarazem owej powieści mianem „kontrencyklopedii”, które krakowski uczony nadał współczesnym sylwom. Byłaby to raczej encyklopedia w znaczeniu etymologicznym: „w obrębie + okrężnej/ogólnej + wiedzy”, co nie sprowadza się do konstatacji, że „Teoretyczna świadomość chwytów postmodernistycznej estetyki pozwoliła mu [autorowi] zakończyć tę powieść zgodnie z najlepszymi wzorcami literatury autoreferencjalnej, bez początku i końca, tekstu-zaczarowanego koła, swoistego literackiego perpetuum mobile” [29]. Wszakże nacisk w Z. położony został na diachronię, nie zaś symultaniczność i „wieczne teraz”, a perspektywa hermeneutycznie pojmowanej dziejowości odsyła do „autentyku” (zarówno pisania o sobie, jak naocznego świadectwa) oraz pozwala przełamać dychotomię historia – współczesność. Nieuniknione jest jednak pytanie o zakres wpływu autora: jak mierzy się on z bezradnością wobec tego, co zewnętrzne, co się po prostu przydarza, co ujęte w literaturze może mieć inny wydźwięk niż w życiu. Może poszukiwania sensu są płonne i pozostaje rola glosatora, dopisywacza? Zauważmy, że przecież Z. nie należy do przykładów „zmęczenia fabułą” [30], wręcz przeciwnie – obok „sprawozdawcy z autopsji” występuje niezmordowany fabulator, choć jego opowieści, inaczej niż w rozważaniach Scholesa [31], nie można by scharakteryzować jako operujących m.in. zajmującą treścią, kunsztowną formą, czarnym humorem i alegorycznością (zamiast symbolizmu).

 

Porębski jest świadomy roli od-twórcy, ale Z. nie stanowi efektu „recyklingu” (by znów pokusić się o aluzję do Różewicza). Wskazując na pewien (o)środek tej powieści, dystansuję się od uznawania jej za przejaw postmodernistycznego eklektyzmu w służbie żywiołu zabawy i parodii. Gdyby odnieść się do słynnej tabeli Ihaba Hassana, zestawiającego cechy modernizmu oraz postmodernizmu, być może nawet więcej tych znajdujących się po lewej stronie dałoby się odnieść do omawianej powieści: conjunctive prędzej niż disjunctive, purpose niż play, synthesis niż antithesis, centering niż dispersal, paradigm i selection niż syntagm i combination (gdyż to, co łączone, jest wpierw starannie dobrane), Symbolism niż Dadaism, wreszcie prędzej „Grand Histoire” niż „Petit Histoire” oraz narrative aniżeli antinarrative [32]. Skoro historia reprezentuje specyficzny typ narracji [33], to od-powiadać jej (w sensie podjęcia rozmowy oraz oddania jej sprawiedliwości) może jedynie narracja. I to właśnie narracja „wielka”, a z konieczności też wielogłosowa, jako że podmiot daremnie chciałby być jednością, czego odkrycie sięga co najmniej Macha, Nietzschego i Freuda.

 

W pewnym momencie interlokutor zwraca się do Z.-Timajosa: „Bo jeśli w twoich ówczesnych poglądach pomieszało się tak dokładnie wszystko, to w istocie, nie byle jakiego trzeba by było sita i bardzo długo nim potrząsać, żeby to jakoś w końcu porozdzielać, komu należy, przypisać i uporządkować” [Z., 99]. Jak wolno sądzić na podstawie lektury, autor pragnie jednak porządkować za pośrednictwem tekstu – na ile to możliwe – po pierwsze, własne życie, po drugie, jego miejsce w całości dziejów [34]. Montaż składowych powieści nie opiera się na dowolnych ewokacjach, lecz na precyzyjnej architektonice. Przypomina ona niekiedy Ulissesa, wywołuje też asocjacje z architekturą Dantejskiego piekła – książka podzielona jest na dziewięć kręgów (według rachuby czasu Herodota). Nagły przeskok z trzeciego w siódmy (pamiętnik mieszkańca XX wieku) sprawia co prawda wrażenie nieuzasadnionego, sądzę jednak, iż kończące trzeci krąg słowa lekarza – jednego z autorów Corpus Hermeticum – mogą stanowić pomost do naszych czasów i tłumaczyć, dlaczego ta „nie-aktualna” (doraźnie) powieść ma nieustannie aktualną wymowę: „A cóż może być dla ludzkiej istoty uwięzionej w nawiedzanym przez demony podksiężycowym świecie cenniejsze, cóż bardziej jej potrzebne, jak nie owo szukające sobie drogi poprzez wieki i eony wezwanie: Spójrz, kim jesteś. Przypatrz się sobie dobrze” [Z., 171].

 

-----------------------------------------------------------------------------

[1] Por. np.: P. Czapliński, P. Śliwiński, Literatura polska 1976-1998. Przewodnik po prozie i poezji, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999, s. 169 i n.

[2] Szkic niniejszy stanowi fragment pracy magisterskiej poświęconej w całości powieści M. Porębskiego. Z uwagi na to skupiam się w nim na zagadnieniach teoretycznoliterackich – genologicznych i kompozycyjnych – w minimalnym stopniu zaś rozwijam np. prezentowaną w Z. historiozofię.

[3] Z wypowiedzi J. Gondowicza w trakcie debaty, która odbyła się w MOCAK (Muzeum Sztuki Współczesnej) w Krakowie 13.06.2011 r.; cyt. za: Archiwa. Ocalona biblioteka prof. Porębskiego, „Dwutygodnik. Strona Kultury” [online], http://www.dwutygodnik.com/artykul/2445-archiwa-ocalona-biblioteka-prof-porebskiego.html, dostęp 1.09.2011 r.

[4] Nawiązuję tu m.in. do wprowadzonej przez M. Foucaulta w Słowach i rzeczach koncepcji, iż wraz z przejściem od tego, co nazwał epistemą renesansową, do epistemy klasycznej, nastąpiło zerwanie samoistnego podobieństwa między znakiem a rzeczywistością; por. M. Foucault, Słowa i rzeczy, przeł. T. Komendant, Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2006.

[5] Por.: G. Genette, Palimpsesty. Literatura drugiego stopnia, przeł. A. Milecki [w:] Współczesna teoria badań literackich za granicą. Antologia, red. H. Markiewicz, t. 4, cz. 2, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1992, s. 321.

[6] Por. np.: M. Czermińska, Autobiograficzny trójkąt. Świadectwo, wyznanie i wyzwanie, Universitas, Kraków 2000, s. 269.

[7] Por.: R. Nycz, Sylwy współczesne. Problem konstrukcji tekstu, IBL PAN, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1984, s. 17, 119-120.

[8] Por.: T. Cieślikowska, Pisarstwo Teodora Parnickiego, Instytut Wydawniczy „PAX”, Warszawa 1965, s. 214.

[9] Swoją drogą trudno rozstrzygnąć, czy w niektórych jego wypowiedziach kropka zamiast pytajnika na końcu jest celowym zamiarem autora, czy tylko niedopatrzeniem jego i korekty, w każdym razie efekty są zastanawiające. Przytoczę kilka cytatów tylko ze strony 38. „Zostałeś królem, kapłanem?” – w tym pytaniu ukazuje się niewiedza rozmówcy na temat szczegółów przeszłości Z. i stanowi ono wyraz zainteresowania tą przeszłością; „Zwłaszcza że i ty sam o mało nie padłeś ich ofiarą” – to antycypacja logicznie wyprzedzająca dalszy tok opowieści na podstawie przesłanej wynikających z dotychczasowej wypowiedzi Z.; nie wiadomo natomiast, jak traktować np. stwierdzenie/pytanie „I to wszystko”, zwłaszcza że ze strony Z. pada coś na kształt potwierdzającej odpowiedzi („Wszystko”). Nie chodzi tu wszak o kwestie edytorskie, tylko o zakres wiedzy interlokutora głównej postaci, jego światopogląd, a nawet ontologiczny status względem samego Z. (por. dalszą część niniejszego szkicu).

[10] Z. Po-wieść cytuję, podając numer strony za wydaniem: PIW, Warszawa 1989.

[11] A. Wat, Moralia [w:] tegoż, Dziennik bez samogłosek, t. 2, oprac. K. Rutkowski, „Polonia”, Londyn 1986, s. 35.

[12] Podręczny słownik terminów literackich, red. J. Sławiński, „Open”, Warszawa 2002, s. 285.

[13] Por. np.: rozdział Dialog urojony [w:] A. Juszczyk, Retoryka a poznanie. Powieściopisarstwo Teodora Parnickiego, Universitas, Kraków 2004.

[14] M. Czermińska, Teodor Parnicki, PIW, Warszawa 1974, s. 163.

[15] Por.: R. Nycz, Sylwy współczesne..., dz. cyt., s. 34.

[16] Nie chodzi o jakiś zewnętrzny, pozaliteracki komentarz Porębskiego na temat powieści, tylko o słowa nadawcy zamieszczonych w niej listów: „Nie wiem, co z tego wszystkiego razem wyszło, może jeszcze jedna taka profesorska literatura, tyle że bez przypisów i odsyłaczy” [Z., 448].

[17] M. Dąbrowski, Postmodernizm: myśl i tekst, Universitas, Kraków 2000, s. 157.

[18] Por. J. Madejski, Literatura akademicka, „Pogranicza” 2008, nr 2, s. 6.

[19] Por. np.: Ph. Lejeune, Wariacje na temat pewnego paktu. O autobiografii, red. R. Lubas-Bartoszyńska, przeł. W. Grajewski (i in.), Universitas, Kraków 2001, s. 25.

[20] Por.: R. Zimand, O literaturze dokumentu osobistego w ogóle, a o diarystyce w szczególności [w:] tegoż, Diarysta Stefan Ż., Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1990, s. 13-14.

[21] Por.: R. Humphrey, Strumień świadomości – techniki [w:] Studia z teorii literatury. Archiwum przekładów „Pamiętnika Literackiego”, t. 1, red. M. Głowiński i H. Markiewicz, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1977, s. 225-232.

[22] J. Jarzębski, Kariera autentyku [w:] tegoż, Powieść jako autokreacja, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław, 1984, s. 346.

[23] Por.: A. Łebkowska, Fikcja jako możliwość. Z przemian prozy XX wieku, wyd. 2 uzup., Universitas, Kraków 1998. Autorka wiele miejsca poświęciła szczególnie później twórczości Kuśniewicza i Parnickiego.

[24] J. Jarzębski, Kariera autentyku [w:] tegoż, Powieść jako autokreacja, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław, 1984, s. 355.

[25] „Sylwiczne teksty zawierają zwykle szereg – cząstkowych – instrukcji koherencyjnych. Kompozycyjna motywacja różnorodności tematycznej realizowana bywa zazwyczaj poprzez przywołanie stosownych konwencji gatunkowych o pożądanych celach otwartości i wielotematyczności, takich jak list, dziennik podróży, dziennik intymny, pamiętnik, esej, felieton czy romantyczny fragment włączany w cykl. [...] W konfrontacji z koncepcją «narracji encyklopedycznej» organizację wielowymiarowej varietatis tych utworów można by scharakteryzować jako formę antysystemowej kontrencyklopedii. Różnorodność określa tu nie tylko zakres tematyczny, lecz także płaszczyznę stylistyczną [...], jak również poziom technik narracyjnych, czy wreszcie wymiar genologiczny – zawierający antologię gatunkowych konwencji, gdzie, prócz prostych form i odmian użytkowo-dokumentalnego piśmiennictwa, znaleźć można gatunki sensu stricto literackie, a także różne metaliterackie formy wypowiedzi” (R. Nycz, Sylwy współczesne..., dz. cyt., s. 33).

[26] Z wypowiedzi J. Gondowicza w trakcie debaty, która odbyła się w MOCAK w Krakowie 13.06.2011 r.; cyt. za: Archiwa. Ocalona biblioteka prof. Porębskiego, dz. cyt.

[27] Zaprezentowawszy trzy sąsiadujące regiony – literatury faktu, prozy dokumentu osobistego i eseju – pisze Czermińska: „[...] eseizacja wydaje się dążeniem skierowanym odmiennie nie tylko od intymizmu, ale i od dokumentarności, polega bowiem na intelektualnym opracowaniu surowych danych, jest ruchem ku interpretacji. Idąc dalej i dalej w stronę świata myśli coraz bardziej swobodnej, coraz śmielej stowarzyszonej z wyobraźnią, można opuścić terytorium eseju i dojść do kreowania fikcji – a więc przez inne pogranicze wyjść z obszaru prozy niefikcjonalnej i powrócić do dawnego centrum, do literatury tworzącej światy zmyślone” (M. Czermińska, Autobiograficzny trójkąt..., dz. cyt., s. 18).

[28] Por.: R. Nycz, Tropy „ja”. Koncepcje podmiotowości w literaturze polskiej ostatniego stulecia, „Teksty Drugie” 1994, z. 2, s. 7-27.

[29] M. Dąbrowski, dz. cyt., s. 157.

[30] Por.: J. Kandziora, Zmęczeni fabułą. Narracje osobiste w prozie po 1976 roku, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1993.

[31] Por.: R. Scholes, Fabulatorzy, „Pamiętnik Literacki” 1972, z. 4, s. 251-269.

[32] Por. np.: S. Connor, Postmodernist culture. An introduction to theories of the contemporary, Blackwell Publishers Inc, Cambridge 1997, s. 118-119.

[33] Por. np.: H. White, Poetyka pisarstwa historycznego, red. E. Domańska i M. Wilczyński, Universitas, Kraków 2000; zwłaszcza rozdziały: Tekst historiograficzny jako artefakt literacki, Znaczenie narracyjności dla przedstawienia rzeczywistości i Fabularyzacja historyczna a problem prawdy.

[34] Warto zauważyć, że Zbigniew Jarosiński polemizuje z Andrzejem Cieńskim, autorem Pamiętników i autobiografii światowych, dla którego wspomnienia mogą być „próbą ustrukturalizowania swego życia przez pisanie” – zdaniem Jarosińskiego pisze się je, kiedy (i ponieważ) swoje życie się już uporządkowało (Z. Jarosiński, Proza dokumentu osobistego [w:] Sporne sprawy polskiej literatury współczesnej, red. A. Brodzka i L. Burska, IBL PAN, Warszawa 1998, s. 329).

 

Katarzyna Szkaradnik

Wróć