nr: 1/2015Maska

Recenzje

Ventersdorp, czyli nowe Salem

Wypalanie traw (2012) Wojciecha Jagielskiego to kolejna po Nocnych wędrowcach (2009) powieść poświęcona rzeczywistości krajów afrykańskich. Po historii dzieci ugandyjskich zmuszanych do wstąpienia do Bożej Armii Oporu Josepha Kony’ego, reporter zabiera nas w podróż do Ventersdorpu, miasteczka położonego w północno-zachodniej części Republiki Południowej Afryki. Tak jak w przypadku Nocnych wędrowców, i tym razem czytelnik może spodziewać się dobrej, niebanalnej literatury, wobec której nie pozostanie obojętny. W tym też tkwi siła każdej kolejnej „opowieści dokumentalnej” Jagielskiego. Ceni się je za doskonały warsztat, uwagę, jaką autor przywiązuje do słowa i sposób konstruowania przez niego sugestywnych obrazów na długo zapadających w pamięć. W tym pisarzu urzeka jeszcze jedna cecha. Czytelnik wie, że może mu zaufać, zdać się na niego, mając całkowitą pewność, że opisywany świat istnieje, że przywołane postacie takim właśnie językiem mówią i w taki sposób rozumieją rzeczywistość. To sztuka w dzisiejszych czasach niełatwa.

 

Wypalanie traw jest nie tylko próbą jednoznacznego pokazania jednej z tysięcy miejscowości w RPA, w której zachodzą trudne przemiany związane ze zniesieniem apartheidu. Owszem, ten problem jest wątkiem spajającym, jednakże nie jedynym i nie najważniejszym. Bohaterem pierwszoplanowym jest bowiem Ventersdorp, miejsce zapomniane przez Boga, uwikłane we własne problemy, zżerane od środka nienawiścią  i uprzedzeniem. Jest tym niebezpieczniejsze, że wydaje się przejmować kontrolę nad każdym, kto w nim zamieszkał, pozbawiając go wolnej woli, możliwości decydowania o własnej przyszłości. Tym, czego miasto nie znosi, jest odmienność – nie związana z kolorem skóry, widoczna na pierwszy rzut oka, lecz inność przejawiająca się w światopoglądzie, w marzeniach, których spełnienie naruszałoby zasady w panujące w mieście. Jego mieszkańcy mogą się tylko szamotać z własnymi wątpliwościami, próbując opuścić granice znienawidzonej przestrzeni, ale prędzej czy później zdają sobie sprawę z tego, że możliwość ucieczki nie istnieje. Ventersdorp staje się ich przekleństwem, ale i zbawieniem. Gdy zabraknie sił na walkę z własnymi słabościami, kiedy pierwsze porażki zniechęcą do podążania nowymi szlakami, zawsze jest ktoś, kogo można obarczyć winą: miasteczko. Ventersdorp staje się także synonimem zła, które przybierając wszelkie możliwe oblicza, nie daje szans na spokój, przywrócenie sprawiedliwości i pokoju. Niczym w Salem Stephena Kinga, w tym zakątku świata problemy i brak harmonii nie mają źródła w przybywającym z zewnątrz obcym, w narzuconym sposobie postępowania, w apartheidzie (w każdym razie nie tylko). Tkwią one w mentalności mieszkańców, w Eugenie Terre’Blanche’u i białym bractwie, ale także w Petrusie i jego czarnoskórych przyjaciołach, w kolejnych burmistrzach miasteczka wywodzących się z Tshingu, niedostrzegających jednak konieczności wprowadzenia zmian w dotychczasowym podejściu do obywateli. Nad tym miejscem ciąży klątwa, mieszkańcy są skazani na powielanie błędów swoich poprzedników. Klarowny podział na złych białych i dobrych czarnych tu nie istnieje, rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Zbrodni dokonują zarówno biali farmerzy, jak i ich czarni pracownicy. Miasteczko ma nie tylko tajemniczą władzę nad mieszkańcami, ale także ich stygmatyzuje. Na nic zdają się próby ucieczki, wyprowadzki – kto się urodził w Ventersdorpie, choćby go nienawidził, nie może zerwać z nim więzi.  

 

O czym jeszcze mówi książka jednego z najwybitniejszych reporterów ostatnich lat? O  rozgoryczeniu i samotności, o zatrzymanym w czasie miejscu, które nie znosi sprzeciwu, nie aprobuje jakiejkolwiek niezależności i odmienności od tego, co zastane, ustalone i przestrzegane od lat. W Wypalaniu traw, obok opowieści o „rozczarowaniu, jakie niesie z sobą każda wielka rewolucja społeczna” (opis wydawcy), można również odnaleźć historie kilkorga mieszkańców Ventersdorpu i murzyńskiego przedmieścia Tshingu, którzy rzucają wyzwanie przeznaczeniu i na przekór wszystkiemu próbują odmienić swój los – niestety bezskutecznie. Jest wśród nich Tommy Lerefolo, czarnoskóry radny, który przed objęciem urzędu był jednym z przywódców powstania przeciwko białym. Po dojściu do władzy Mandeli liczył na wprowadzenie nowego ładu, wierzył, że w końcu i jego otoczenie zmieni swoje oblicze, zaakceptuje nowe zasady, a co najważniejsze, żaden czarnoskóry nie będzie się już obawiał Eugene’a Terre’Blanche’a, białego farmera siejącego postrach w całym mieście. Spotkało go rozczarowanie. Zawiedziony jest też Raymond Boardman, który w zniesieniu apartheidu widział możliwość zmycia z siebie, z białych, wyrzutów sumienia związanych z traktowaniem czarnoskórych. Do końca wierzył, że uda mu się zbudować z pracownikami relacje oparte na wzajemnym szacunku i porozumieniu. Z marzeń pozostało rozżalenie i samotne życie na podupadającej farmie. Podobny los spotkał jego syna i synową, Mike’a i Lynette. Małżeństwo Anglika i burskiej kobiety nie zapowiadało łatwego życie, tym bardziej, że stanowiło naruszenie zasad panujących w Ventersdorpie. Oboje zdawali sobie sprawę, że ich jedyną szansą jest rozpoczęcie wszystkiego od nowa z daleka od miasteczka, od wścibskich spojrzeń, od wytykania palcami, jednakże nie było to łatwe, zwłaszcza dla kobiety. Lynette wychowała się w mieście i tylko ten świat znała. Nawet ucieczka z rodziną do Pretorii okazała się tylko chwilowym wytchnieniem, ostatecznie Ventersdorp upomniało się i o nią. Cena za powrót była wysoka, Lynette marząc, aby jej synowie nigdy nie stali się tacy jak mieszkańcy Ventersdorpu, zdecydowała się pozostawić je z ojcem.

 

Atutem książki jest także niezwykle poetycki język, za pomocą którego twórca wprowadza nas w świat swojej opowieści. Jagielski uwodzi czytelnika metaforami, które niczym refren przywoływane są w kolejnych rozdziałach powieści. W omawianej książce rolę metafory pełni na przykład obraz wypalania traw. Raymond Boardman mówi: „Wypalanie traw to trochę takie pożegnanie z czasem, który upłynął, i wszystkim, co się w nim wydarzyło. Zamykamy to, zostawiamy za sobą, i szykujemy się na to, co nowego przyniesie nam życie […]. To jak rytuał oczyszczania, który ma przynosić nadzieję. Ale zdarza się, że przeradza się w dymną zasłonę, skrywającą śmiertelne zagrożenie” (s. 260). Widok i woń dymu unoszącego się nad polami jest zazwyczaj złą wróżbą, wzbudza strach wśród Burów, jest zapowiedzią zemsty, jaką szykują im czarni. Mistrzostwo pióra autora sprawia, że świat, do którego przybywa poznajemy wszystkimi zmysłami. Czujemy zapach piwa i potu unoszącego się w tawernie Pod Rajskim Żurawiem, słyszymy chrapliwy głos Terre’Blanche’a pokrzykującego na swoich „niewolników”, widzimy czarnoskórych mieszkańców Tshingu wracających pospiesznie do domów po zmroku, rozglądających się niepewnie, czy aby nie nadjeżdża żadna półciężarówka z białymi panami, którzy chcieliby się zabawić ich kosztem. Te wszystkie elementy opisu sprawiają, że ukazuje się nam sensualność, heterogeniczność, bogactwo natury i tajemnic spowijających krainę, do której trafił Jagielski. Wrażliwość, z jaką pisarz maluje portrety rodów zamieszkujących Ventersdorp i okolice, wyczulenie na każdy szczegół ludzkiego zachowania czy wyglądu, przywodzi na myśl najlepsze powieści XX wieku, by wspomnieć chociażby Sto lat samotności Marqueza.

 

Wojciech Jagielski to człowiek, który nie idzie na ustępstwa, nie próbuje koloryzować, usprawiedliwiać zastanej sytuacji, stara się natomiast obiektywnie pokazać to, czego sam doświadczył, o czym usłyszał. W 2009 roku dzięki niemu wielu czytelników w Polsce (i nie tylko) miało szansę poznać rzeczywistość Ugandy. Uświadomić sobie, że historia dzieci-partyzantów, siłą wcielanych do wojska i zmuszanych do zabijania, nie jest ani bajką, ani opowieścią z XIX czy początku XX wieku. Nocni wędrowcy traktują o wydarzeniach mających miejsce w ciągu ostatnich kilku lat. Obecnie dostajemy do rąk książkę będącą kolejnym wyzwaniem dla odbiorcy. Wypalanie traw pokazuje świat, który znamy z gier komputerowych lub filmów sensacyjnych. Jest on pełen napięć i wrogości, ospałości i bezradności, ludzi przesiąkniętych nienawiścią i żądzą zemsty, poruszających się w zaklętym kręgu uprzedzeń i agresji. Ale jest też opowieścią o tych, którzy podjęli wyzwanie dążenia do zmiany, nawet jeżeli wystarczyło im sił na krótko. Historia Ventersdorpu wbrew pozorom nie kończy się happy endem, a wyzwaniem, czy też wezwaniem, by się nad nią zatrzymać na dłużej.

Wróć