NUMER: 4 (22) / 2010

Eseje

Tomasz Markiewka
O powtarzaniu




Zacznę od cytatu, czyli od powtórzenia tego, co już zostało napisane. Umberto Eco w Dopiskach na marginesie Imienia róży powiada: „Odkryłem więc na nowo to, co pisarze zawsze wiedzieli (i co tyle razy nam mówili): książki mówią zawsze o innych książkach i wszelka opowieść snuje historię już opowiedzianą. Wiedział o tym Homer, wiedział Ariost, nie mówiąc już o Rabelais’m lub Cervantesie [1]”.

Chciałbym na początek wyjaśnić pewne nieporozumienie, a raczej uprzedzić możliwość jego zajścia. Czytając ten cytat, należy być ostrożnym. Język, kultura czy też pewien stereotyp w nich obecny podsuwają nam tu wygodną etykietkę: słowo, którego używa się zbyt często, nie próbując przy tym dociec, co się za nim kryje – idzie, rzecz jasna, o „postmodernizm”. Prawdą jest, że kilkanaście stron później sam Eco użyje tego słowa, deklarując, że jest, poniekąd, powieściopisarzem postmodernistycznym i tym samym przedstawiając Imię róży jako przykład powieści postmodernistycznej [2]. Aluzja, cytat, intertekstualność, gra konwencją – wszystko to rzeczywiście znajduje się w Imieniu róży i wszystko to bywa uważane za wyznaczniki powieści postmodernistycznej [3] (i wszystko to jest pewnym rodzajem powtórzenia). Zgoda. Nie o postmodernizmie chcę tu jednak pisać. Raz, ponieważ jest to termin zwodniczy. Słuszność ma Michał Paweł Markowski, gdy pisze, że „jeśli dwie osoby wypowiadają słowo «postmodernizm», to najczęściej nie mają one tego samego na myśli” [4]. Wieloznaczność terminu „postmodernizm” można zaobserwować na przykładzie samego Umberta Eco. Na gruncie literatury on sam deklaruje się, a przynajmniej deklarował, jako postmodernista; jednakże na gruncie teorii literatury, czy szerzej – na gruncie filozofii, przeciwstawiał się on poglądom, które często opatruje się etykietką „postmodernizmu” [5]. Czym innym jest postmodernizm w literaturze, czym innym w filozofii (a nawet ograniczając się tylko do filozofii byłoby niełatwo dookreślić, czym postmodernizm jest). A ponieważ mam zamiar poruszać się w tym tekście zarówno w obrębie pola literatury, jak i filozofii, lepiej odłożyć ten termin na bok – w niczym by on nie pomógł, a przysporzyłby tylko dodatkowych problemów. Drugi powód, dla którego lepiej nie używać tego słowa ciągnącego z sobą cały bagaż stereotypów i nieporozumień, jest taki, iż postmodernizm kojarzy się z pewnym stosunkowo niedawno powstałym (lata 60. XX wieku) nurtem myślenia, a przecież, jak pisze Eco (powtórzmy cytat z pewną modyfikacją): „Odkryłem więc na nowo to, co pisarze zawsze wiedzieli (i co tyle razy nam mówili): książki mówią zawsze o innych książkach i wszelka opowieść snuje historię już opowiedzianą. Wiedział o tym Homer, wiedział Ariost, nie mówiąc już o Rabelais’m lub Cervantesie”.

Nie chcę wnikać w to, co wiedział Homer i czy w jego czasach zastanawiano się w ogóle nad zagadnieniem powtarzania „historii już opowiedzianych”. Ważna jest tu teza samego Eco: powtarzanie jest obecne w naszej kulturze od zawsze (imię własne „Homer” traktuję właśnie jako synonim zwrotu „od zawsze”). Powtórzmy tę tezę słowami Stephana Greenblatta: „mimo naszego romantycznego kultu oryginalności, większość artystów to utalentowani twórcy wariantów znanych tematów. Nawet ci wielcy, traktowani przez nas ze specjalnym nabożeństwem pisarze, których czcimy za odmowę powielania utartych wzorów własnej kultury, są bardziej wyjątkowo mistrzowskimi improwizatorami, niż burzycielami wszystkiego, bądź wynalazcami absolutnych nowości. I tak Dickens tworzył przemyślne przeróbki melodramatycznej szmiry swych czasów, Szekspir zapożyczył większość fabuł i wielu bohaterów z popularnych opowieści i powszechnie wykorzystywanych jako źródła, pism historycznych, a Spenser przeniósł na grunt własnej kultury historie opowiedziane, i to po mistrzowsku, przez włoskich poetów Ariosta i Tassa” [6].

A zatem pisarze, nawet ci najwięksi, powtarzają. Dwa pytania są tu istotne. Co powtarzają? Jak Powtarzają? Co się tyczy pierwszego pytania, Eco i Greenblatt chcą nas przekonać, że pisarz, tworząc dzieło, powtarza inne dzieła. I tak Imię róży powtarza Czarodziejską Górę, Doktora Faustusa, przygody Sherlocka Holmesa, opowiadania Borgesa itd. Ale czy tylko tyle? Czy Eco nie przywołuje poza tym pewnych sytuacji, które zdarzają się w świecie pozaliterackim? Choćby takich jak walka o władzę, pytanie być (biednym sługą Kościoła) czy mieć (wpływy i bogactwa), pojedynek racjonalności z ideologią. Czy nie powtarza zatem nie tylko za literaturą, lecz także za światem? A czy te sytuacje znajdujące się także w-świecie-poza-literaturą również nie powtarzają od wieków same siebie? Czy sam Eco, pisząc powieść, nie powtarza namiętności do snucia historii (namiętności znanej już Homerowi)?

Zostawmy na razie te retoryczne pytania i przejdźmy do problemu: Jak powtarzają? Powtarzać można na wiele sposobów. Choćby tak:

A zatem pisarze, nawet Ci najwięksi, powtarzają. Dwa pytania są tu istotne: Co powtarzają? Jak Powtarzają? Co się tyczy pierwszego pytania, Eco i Greenblatt chcą nas przekonać, że pisarz, tworząc dzieło, powtarza inne dzieła. I tak Imię róży powtarza Czarodziejską Górę, Doktora Faustusa, przygody Sherlocka Holmesa, opowiadania Borgesa itd. Ale czy tylko tyle? Czy Eco nie przywołuje poza tym pewnych sytuacji, które zdarzają się w świecie pozaliterackim? Choćby takich jak walka o władzę, pytanie być (skromnym sługą Kościoła) czy mieć (wpływy i bogactwa), pojedynek racjonalności z ideologią. Czy nie powtarza zatem nie tylko za literaturą, lecz także za światem? A czy same te sytuacje znajdujące się także w-świecie-poza-literaturą również nie powtarzają od wieków same siebie? Czy sam Eco, pisząc powieść, nie powtarza namiętności do snucia historii (namiętności znanej już Homerowi)?

Można zatem powtarzać, jak to się mówi, słowo w słowo. Ale czy to znaczy, że powtarza się dokładnie to samo? Kiedy cytuję Umberta Eco, to powtarzam słowo w słowo to, co jest napisane w polskim wydaniu Imienia róży na stronie 599. Ale czy te same słowa, znajdujące się raz w Dopiskach na marginesie Imienia róży, a teraz w moim tekście, znaczą to samo? Czy nie liczy się to, co napisane przed tymi słowami i to, co napisane po nich? Czy nie jest ważna przestrzeń w jakiej się je umieszcza? To, co pierwotnie znalazło się w Dopiskach na marginesie Imienia róży, powtórzone w moim tekście, znaczy już jednak trochę co innego – wspiera inną argumentację, inny pomysł, odpowiada na inne pytania. A zatem powtarzając, zachowuję to, co zostało napisane, a jednocześnie przemieszczam to w inny kontekst (bardzo kłopotliwe słowo) i tym samym zmieniam. Czy da się zatem powtarzać, nie zmieniając (czyli nie dodając i nie tracąc jednocześnie)?

Podany został najprostszy przykład powtórzenia. Ale nie takiego powtórzenia oczekujemy po artystach. Pisarz (ale też malarz, rzeźbiarz czy muzyk), kiedy powtarza za innymi dziełami oraz za tak zwaną rzeczywistością (a pamiętajmy, powtórzmy, że te „inne dzieła” też musiały powtarzać za rzeczywistością, a rzeczywistość z kolei powtarza samą siebie), ma to robić w sposób twórczy. Twórczy, czyli jaki? Taki, który mówi coś nowego. Ale czy nie zostało przed chwilą powiedziane, że każde powtarzanie, nawet to najwierniejsze (słowo w słowo), jest zmienianiem, przetwarzaniem, a zatem wytwarzaniem czegoś choć trochę innego od tego, co było? Tak, ale artysta ma powtarzać świat w taki sposób, abyśmy zapomnieli o tym powtarzaniu, aby w napięciu, które zawiera w sobie kategoria powtórzenia, a więc w napięciu między zachowywaniem, przypominaniem, przywoływaniem, naśladowaniem czegoś a zmienianiem, tworzeniem, wypowiadaniem na nowo i inaczej – to druga strona tej „alternatywy” przeważała. Piszę słowo „alternatywa” w cudzysłowie, ponieważ nie chodzi tu o wybór z gatunku „albo – albo”. Tak, jak nie można powtórzyć, nie dodając czegoś nowego, tak też nie można powiedzieć czegoś nowego, nie powtarzając. Ten problem powróci (zostanie powtórzony) jeszcze w tym tekście.

Aby zdać sobie sprawę z bogactwa kategorii powtórzenia, podajmy jeszcze garść przykładów. Można powtarzać coś, żeby tego nie zapomnieć, aby zachować to w pamięci. Powtarza tak uczeń przed sprawdzianem, powtarzają tak historycy, powtarzają też mądre przysłowia. Powtarza się również, gdy chce się coś zaakcentować. Powtarzamy coś, bo jest to ważne. Powtarzamy, zamiast powiedzieć coś innego. Ależ Pan się powtarza! Powtórzył Pan tylko to, co było już powiedziane. Powtarza się też dlatego, że czasem brzmi to dobrze. Co tam Pan czyta? Słowa? Nie tylko słowa, lecz słowa, słowa, słowa. Powtarzamy coś dokładnie, by zachować sens. Postaram się to powtórzyć tak, jak zostało to powiedziane. Powtarzamy, coś, co jest tego godne. Należy powtórzyć ten temat, należy raz jeszcze do niego powrócić. Powtarzamy, by sprawdzić, czy coś umiemy. Powtarzać można wiele rzeczy i na wiele sposób, podanych zostało ledwie kilka przykładów. Ktoś może mi zarzucić, że w tym tekście zdążyłem już pomieszać kilka z wielu różnych sensów, sposobów, rodzajów powtarzania (czym innym jest bowiem na przykłada powtarzać, w sensie cytować inne teksty, a czym innym powtarzać, w sensie naśladować rzeczywistość). Lecz chodzi o to, by zacierać różne znaczenia słowa „powtarzać”. Chcę tu bowiem powiedzieć coś nie tylko o pewnym (powiedzmy, literackim) typie powtarzania (a samo przeprowadzenie granicy między różnymi typami powtarzania byłoby zadaniem trudnym do zrealizowania), ale także o powtarzaniu w ogóle – o ogólnej zasadzie powtarzania. Stąd to zacieranie (granic między powtarzaniem a powtarzaniem) jest niejako konieczne, aby powiedzieć coś o kategorii powtarzania w ogóle, aby rozjaśnić trochę sens tego powtarzania w ogóle. Zresztą nie bez powodu słowo „powtarzać” ma zastosowanie w tak wielu różnych sytuacjach. Musi tu być jakieś powinowactwo i można przypuszczać, że każdy rodzaj powtarzania zawiera w sobie jakieś ślady wszystkich innych rodzajów.

Pokrótce, z pewnością nazbyt pospiesznie, starałem się odpowiedzieć na dwa pytania: Co powtarzać? Jak powtarzać? Weźmy przykład, aby pójść dalej w naszych rozważaniach. Jak podaje Jorge Luis Borges, niejaki Pierre Menard podjął się zadania, które z perspektywy podejmowanej tu problematyki wydaje się niezwykle ciekawe – chciał napisać raz jeszcze (czy to wyrażenie jest w tej konkretnej sytuacji poprawne – nie wiem) Don Kichota. Jednak, jak podkreśla Borges: „[Menard] Nie pragnął ułożyć innego Don Kichota – co byłoby łatwe – lecz właśnie Don Kichota. Zbędne byłoby dodawać, że nie myślał nigdy o mechanicznym przepisywaniu oryginału; nie zamierzał go skopiować. Jego podziwu godną ambicją było stworzenie stronic, które zbiegałyby się – słowo w słowo i zdanie po zdaniu – ze stronnicami Miguela de Cervantes [7]”.

Menard chciał zatem powtórzyć słowo w słowo tekst Don Kichota. Jak już stwierdziliśmy, jest to najbanalniejszy, najłatwiejszy sposób powtarzania – taki, który stosujemy choćby wtedy, gdy kogoś cytujemy. Choć i on może być wykonany lepiej lub gorzej. Znaleźć wśród tylu tekstów i tylu słów, jakie przechowuje nasza kultura, odpowiedni cytat i umieścić go w odpowiednim miejscu własnego tekstu; powtórzyć czyjeś słowa w taki sposób, by brzmiały tak, jak nikt ich wcześniej nie słyszał – tego typu powtórzenie jest tym, czego zazwyczaj poszukujemy. W każdym razie Menard „nie myślał nigdy o mechanicznym przepisywaniu oryginału”, co sprawia, że ten najbanalniejszy rodzaj powtórzenia (powtórzenie „słowo w słowo”), staje się powtórzeniem właściwie niemożliwym do wykonania.

Jak do sprawy zabrał się pomysłodawca tej szalonej idei? Borges pisze, że pierwszym pomysłem Menarda było „poznać dobrze język hiszpański, odzyskać wiarę katolicką, wojować przeciwko Maurom czy przeciwko Turkom, zapomnieć historię Europy od roku 1602 do roku 1918, być Miguelem de Cervantes” [8]. Na czym de facto polega ten zamysł Menarda? Oczywiście, na powtórzeniu. Skoro nie chce on mechanicznie przepisywać słów Cervantesa, to postanawia „przepisać”, tzn. powtórzyć, jego doświadczenia. Powtórzyć doświadczenie znajomości języka hiszpańskiego, powtórzyć doświadczenie wiary katolickiej, powtórzyć doświadczenie braku doświadczenia tego, co rozegrało się po roku 1602 itd. Jest to powtórzenie niepomiernie bardziej skomplikowane niż przepisywanie słowa po słowie tekstu Don Kichota, ale jednak powtórzenie. Być może dlatego Menard odrzucił tę możliwość „jako zbyt łatwą” [9]. Być może dostrzegł, że w istocie jest to podobnie mechaniczny rodzaj powtarzania jak przepisywanie słowa po słowie, z tą różnicą, że tym razem chodziłoby o „przepisywanie” doświadczenia po doświadczeniu. „Być, w jakiś sposób, Cervantesem i dojść do Don Kichota wydawało mu się mniej trudne – a więc mniej interesujące – niż pozostać Pierre Menardem i dojść do Don Kichota poprzez doświadczenie Pierre Menarda” [10]. Menard chce powtórzyć nie powtarzając. Powtórzyć Don Kichota słowo po słowie, nie powtarzając jednocześnie doświadczeń Cervantesa. Zapytajmy najpierw, jaki może być wynik takiego powtórzenia, jeśliby choć częściowo miało się udać. Oddajmy głos Borgesowi:

„Porównanie stronnic Menarda i Cervantesa jest rewelacyjne. Ten ostatni, na przykład, napisał (Don Kichot, część pierwsza, rozdział dziewiąty):
«...prawda, której matką jest historia, spółzawodniczka czasu, depozytariuszka czynów, świadek przeszłości, przykład i monit dla teraźniejszości i nauka dla wieków przyszłych».
Zredagowane w wieku siedemnastym, napisane przez „genialnego laika” Cervantesa, wyliczenie to jest po prostu retoryczną pochwałą historii. Menard pisze natomiast:
«...prawda, której matką jest historia, spółzawodniczka czasu, depozytariuszka czynów, świadek przeszłości, przykład i monit dla teraźniejszości i nauka dla wieków przyszłych».
Historia – matka prawdy; pomysł jest zadziwiający, Menard, współczesny Williamowi Jamesowi, nie określa historii jako badania rzeczywistości, ale jako jej źródło. Prawdą historyczną, dla niego, nie jest to, co się wydarzyło: jest nią to, co uważamy, że się wydarzyło. Końcowe zwroty: «przykład i monit dla teraźniejszości i nauka dla wieków przyszłych», są bezwstydnie pragmatyczne” [11].

Powtarza się tu wątek, który został poruszany już w tym tekście. Te same słowa użyte w innym kontekście (siedemnasty wiek/dwudziesty wiek), znaczą co innego. Autor dwudziestowieczny, autor współczesny Jamesowi i znający teorię pragmatyzmu, musi mieć co innego na myśli niż autor siedemnastowieczny, nawet jeśli ich teksty są takie same słowo w słowo. Uciec od powtarzania (mechanicznego), a równocześnie powtórzyć jak najwierniej (słowo w słowo). To jeden fenomen. A jednak to „najwierniejsze powtórzenie” czyta się zupełnie inaczej niż tekst Cervantesa. Drugi fenomen.

Skupmy się na tym pierwszym. Menard nie stosuje żadnego z dwóch skrajnych rodzajów powtarzania. Nie chce ani kopiować mechanicznie tekstu, ani „przepisywać” wiernie doświadczenia jego autora. Powtarzać można bowiem odwołując się do innych tekstów, innych przeczytanych dzieł. Niektórzy robią to cytując (najczęściej humaniści-naukowcy), inni posługują się aluzją (najczęściej artyści), jeszcze inni parafrazują (jedni i drudzy, choć często na bardzo różne sposoby i w różnych celach). Można też naśladować odwołując się do doświadczeń poza-tekstowych, do świata-poza-literaturą. To, że pewne motywy powracają, powtarzają się w naszej literaturze na przestrzenni wieków, wynika z tego, iż powtarzają się też ludzkie doświadczenia, stąd odwieczne tematy: miłość, poświęcenie, zemsta, zbrodnia, kara. Powracają one jednak wpisane w inne słowa, inne zdania, inne teksty. Obydwa te rodzaje powtarzania (to, czy można je od siebie rozdzielić, jest kolejnym problemem) są czymś zwykłym, codziennym, znanym każdemu z nas. Menard nie może uciec od stosowania ich, może co najwyżej odmówić zastosowania pewnej skrajnej, „zbyt łatwej”, ich odmiany. Odmowa „nazbyt łatwego” powtarzania to jedno, czym innym jest jednak brak powtarzania w ogóle.

Po pierwsze, nie można odmówić powtarzania innych tekstów. Przypuśćmy, że Menard pisze swojego Don Kichota, który jest słowo w słowo taki jak Don Kichot Cervantesa, równocześnie nie kopiując go mechanicznie. Ale co to znaczy „nie kopiując go mechanicznie”? Czy taki zamysł nie wymagałby od Menarda wymazania z pamięci swojej wcześniejszej lektury Don Kichota? Jeśliby tego nie zrobił, skąd miałby wiedzieć, czy jego nazbyt dobra i wrażliwa pamięć nie podsuwa mu podstępnie słów zapamiętanych z lektury Cervantesa? Czy nie byłby to rodzaj mechanicznego powtarzania? Czy mechanicznie powtarzać można tylko mając tekst przed sobą? Oczywiście nie, chyba każdy z nas potrafi mechanicznie powtórzyć przynajmniej pojedyncze zdanie z jakiegoś wiersza, powieści lub dramatu, zarys fabuły, imiona bohaterów, itd. A więc Menard powinien w ogóle nie czytać Don Kichota, aby uniknąć ryzyka, iż mechaniczne powtórzenie (nawet jeśli będzie nieuświadomione) uczyni jego zadanie „nazbyt łatwym”. Gdyby jednak w ogóle nie czytał dzieła Cervantesa, skąd wzięłoby się w nim pragnienie napisania Don Kichota? Pójdźmy dalej w tych szaleńczych rozważaniach i przypuśćmy, że Menard ani nie czytał, ani nie słyszał od nikogo wcześniej o przygodach Don Kichota. Jedyne co zna to tylko tytuł, który kiedyś zdarzyło mu się usłyszeć (a więc nawet w tym wypadku mechanicznie powtórzy przynajmniej tytuł).

Mamy zatem ten szalony koncept – Menard nie czytał ani nie został inną drogą poinformowany o treści Don Kichota, a jednak powtórzył go słowo w słowo. Jednakże, aby nie popaść w skrajną fantastykę, za którą nasza wyobraźnia, jednocześnie krępowana i chroniona przez zdrowy rozsądek, może już nie nadążyć, musimy przypuścić, że Menardowi nie były obce inne dzieła naszej kultury. Dzieła przechowują zaś w sobie pamięć innych dzieł, stąd być może niektóre z nich bezpośrednio lub przynajmniej pośrednio, choćby w jednym małym zdaniu, były zainspirowane Don Kichotem. A i sam Don Kichot musiał zawierać w sobie ślady innych dzieł, z których niektóre przynajmniej musiały zostawić ślad także na Menardzie. Tak więc Menard, chcąc nie chcąc, musiałby zapożyczać się albo u samego Cervantesa (choćby pośrednio) albo u tych samych co Cervantes poprzedników. Musiałby wówczas powtarzać. Ale, można powiedzieć, nie byłoby to jednak mechaniczne powtarzanie. Czym jest jednak mechaniczne powtarzanie? Podążaniem krok za krokiem tropem tego, za którym powtarzamy. Ale czy w każde powtórzenie nie polega na tym, że idziemy ścieżką, którą już ktoś wcześniej podążał? Mechaniczne powtarzanie jest tylko doprowadzonym do skrajności rodzajem – przepraszam za wyrażenie – normalnego powtarzania. Nie ma tu zerwania, jest raczej zmiana stopnia. Jeśli Menard chciałby w ogóle nie powtarzać (by w ostateczności powtórzyć słowo w słowo), to tego właśnie osiągnąć żadną miarą nie mógłby. Trzeba by wpierw wymazać z kultury wszelkie ślady Cervantesa i źródeł, które go inspirowały.

Podobnie jest z powtarzaniem doświadczenia rzeczywistości. Menard może odmówić studiowania biografii Cervantesa, przyjęcia jego wiary i jego języka. Nie może jednak odmówić absolutnego braku powtórzenia doświadczeń autora Don Kichota. Aby było to możliwe, trzeba by wpierw zmienić cały świat. Wymazać z niego to, co zawsze się powtarza: marzenia, nadzieje, kłótnie, wojny, rozterki, bohaterskie i podłe czyny, szaleństwo i tak dalej (lista bez końca). Dwoje ludzi może się bardzo od siebie różnić, ale czy mogą oni nigdy nie napotkać doświadczenia, które byłoby im wspólne, którego doświadczył zarówno jeden, jak i drugi? Czy Menard może nie powtórzyć w pewnym zakresie doświadczeń Cervantesa? Przy czym pamiętajmy, że powtórzenie nigdy nie jest powtórzeniem, które zachowuje powtarzaną rzecz, uczucie czy zjawisko w dokładnie takim samym kształcie. Powtórzmy, by uniknąć nieporozumień, myśl, która już się w tym tekście pojawiła: każde powtórzenie jest zarówno zachowaniem, jak i zmianą – nawet to mechaniczne. Wciąż, od początku tego tekstu, pozostajemy w ramach tego samego zjawiska, zmienia się tylko jego stopień, napięcie między tymi dwoma elementami (zachowaniem i zmianą). Powtórzenie, którykolwiek jego rodzaj, zawsze będzie zarówno zmianą, jak i zachowaniem. Co nie znaczy, że zawsze będzie takie samo – w tym tekście staram się właśnie zasugerować, jak wiele jest rodzajów powtórzeń i jak mieszają się one ze sobą.

Zamysł Menarda jest potencjalnie możliwy tylko dzięki temu nieuniknionemu prawu powtarzania. Odmowa mechanicznego powtarzania nie jest odmową powtarzania w ogóle (zresztą celem Menarda było powtórzyć), lecz jest to wyraz niechęci do pójścia na skróty. Menard nie odrzuca jednego sposobu rozwiązania problemu (powtórzyć bez mechanicznego powtarzania) na rzecz zupełnie odmiennego (powtórzyć bez powtarzania) – cały czas pozostaje on w sferze, w dziedzinie, powtarzania. Pytanie nie brzmi: jak nie powtarzać, aby na końcu drogi powtórzy? Lecz raczej: w jaki sposób powtarzać, by zbyt łatwo nie powtórzyć (a więc zachować, a więc zmienić)? Menard nie odrzuca powtarzania, wybiera jedynie trudniejszy jego sposób, nie idzie na skróty, obiera ścieżkę artysty. W tym sensie zadanie Menarda jest takie samo jak zadanie każdego pisarza: powtórzyć, by powtórzyć. Menard wyróżnia się jedynie tym, że chce powtórzyć, aby powtórzyć słowo w słowo. Co, jak pokazuje w cytowanym już tu komentarzu Borges [12], i tak nie będzie powtórzeniem w sensie „zachowania bez zmiany”.

Historię Menarda można potraktować jako symboliczne ujęcie „logiki” powtarzania. Z jednej strony pokazuje ona, że powtórzenie nigdy nie jest tylko „zachowaniem bez zmian”. Nawet powtórzenie słowo w słowo tekstu Cervantesa zmienia jego znaczenie. Z drugiej strony przypadek Menarda pokazuje nam, że nie da się nie powtarzać tekstów, doświadczeń, świata – zupełna odmowa powtarzania jest niemożliwa. Nie da się nie powtarzać, to znaczy, nie da się powiedzieć, poczuć, wykazać, opisać tak, by nie nosiło to znamion podobieństwa/inspiracji do czegoś/czymś, co już wcześniej zostało powiedziane, doświadczone, opisane.

Ktoś mógłby pomyśleć, że przyznanie tak dużej roli powtórzeniu, umniejsza splendor jednostkowości, wyjątkowości, niepowtarzalności. Zostawmy Menarda i zastanówmy się jeszcze przez chwilę nad samym Don Kichotem Cervantesa. Bez wątpienia jest to dzieło wyjątkowe. Wyjątkowe, bo wielkie, ważne, cenne; ale jest też wyjątkowe w bardziej elementarnym sensie, bo nie ma drugiego takiego – to znaczy, jest tylko jeden Don Kichot Cervantesa, tak jak jest tylko jeden Hamlet Szekspira. Tak więc z jednej strony Don Kichot, o czym była mowa, nie jest wolny od gry czy też „logiki” powtórzenia, z drugiej zaś jest niepowtarzalny. Nie ma tu jednak prostej sprzeczności między wyjątkowością a powtarzalnością – jest raczej coś w rodzaju paradoksalnej współpracy. Powtarzając za Jacques’em Derridą: idiomatyczność (jednostkowość, niepowtarzalność, jedyność, wyjątkowość) objawić się może tylko dzięki iterowalności (powtórzenie, przemieszczenie, umieszczenie w nowym kontekście). Zacytujmy: „Absolutna, absolutnie czysta jednostkowość, jeśli taka istnieje, nigdy by się nie mogła ujawnić, a przynajmniej nie byłaby dostępna w czytaniu. Czytelność uwarunkowana jest podziałem, uczestnictwem i przynależnością. Tak więc dzieli się ona i bierze udział w gatunku, rodzaju, kontekście, znaczeniu, pojęciowej ogólności znaczenia, etc. Zatraca się, by się zaprezentować [...] Nie można by przeczytać żadnego dzieła – ani niczego napisać – bez tej iterowalności” [13].

Don Kichot i każde inne dzieło literackie powtarzają nie tylko inne historie zaczerpnięte z literatury i z tego, co rozgrywa się poza nią, lecz także powtarzają pewne normy gatunkowo-rodzajowe (czasem znacząco je przekształcając przy okazji) oraz językowe. Inaczej mówiąc, dzieła wpisują się w zastane konwencje. I choć działa to przeciwko ich niepowtarzalności, jednostkowości, wyjątkowości, to jednocześnie jest warunkiem umożliwiającym w ogóle objawienie się tym walorom (lub temu jednemu walorowi noszącemu różne nazwy). Dzieło literackie, które zrywałoby z wszelką tradycją, które byłoby absolutnie inne, które nie powtarzałoby niczego (ani świata, ani innych dzieł, ani języka, ani konwencji gatunkowych – a powtarzając choćby jedną z tych rzeczy, poniekąd powtarza już pozostałe) – takiego dzieła pomyśleć nie potrafimy. Takiego dzieła człowiek ani stworzyć, ani przeczytać nie potrafi. Absolutnie idiomatyczne, znaczy absolutnie niepoznawalne. Dlatego jednostkowość, jak powiada Derrida, musi się zatracić (w iterowalności), aby w ogóle się zaprezentować. Niepowtarzalne dzieło musi mieć w sobie coś powtarzalnego, by mogło się w ogóle w swojej niepowtarzalności zaprezentować. Dlatego we wszystkim zawsze musimy znajdować ślady tego, co już znamy, dlatego „wszelka opowieść snuje historię już opowiedzianą”. Tylko powtarzając możemy powiedzieć coś nowego, bo tylko powtarzając możemy powiedzieć cokolwiek. Zamiast więc uciekać od powtarzania, powtarzajmy mądrze.



[1] U. Eco, Dopiski na marginesie „Imienia róży”, w: tegoż, Imię róży, przeł. A. Szymanowski, PIW, Warszawa 2001, s. 599.
[2] Tamże, s. 617-620.
[3] Zob. A. Szahaj, Postmodernizm w kulturze współczesnej, „Wers”, Bydgoszcz 2001, s. 30-39.
[4] M.P. Markowski, Efekt inskrypcji. Jacques Derrida i literatura, Homini, Kraków 2003, s. 156.
[5] Zob. teksty Eco w książce pt. Interpretacja i nadinterpretacja, red. S. Collini, przeł. T. Bieroń, Znak, Kraków 2008.
[6] S. Greenblatt, Poetyka kulturowa. Pisma wybrane, przeł. A. Rajca-Salata, Universitas, Kraków 2006, s. 152. Ten fragment w cytowanym tu, polskim wydaniu, wygląda trochę inaczej. W zdaniu: „Nawet ci wielcy, traktowani przez nas ze specjalnym nabożeństwem pisarze, których czcimy za odmowę powielania utartych wzorów własnej kultury, są bardziej wyjątkowo mistrzowskimi improwizatorami, niż burzycielami wszystkiego, bądź wynalazcami absolutnych nowości” – zamiast podkreślonego słowa „bardziej” jest słowo „tylko”, co sprawia, że zdanie nie brzmi zbyt sensownie. Zmiany dokonałem posiłkując się oryginałem.
[7] J.L. Borges, Pierre Menard, autor Don Kichota, przeł. A. Sobol-Jurczykowski, w: tegoż, Opowiadania, WL, Kraków 1978, s. 40. Sama postać Menarda jest oczywiście tworem fantazji Borgesa.
[8] Tamże, s. 40.
[9] Tamże, s. 40.
[10] Tamże, s. 41.
[11] Tamże, s. 44.
[12] Zob. przypis jedenasty.
[13] J. Derrida, Ta dziwna instytucja zwana literaturą (wywiad D. Atrridge’a), przeł. M.P. Markowski, „Literatura na Świecie” 1998, nr 11-12, s. 217. Na temat zagadnień idiomatyczności oraz iterowalności u J. Derridy. Sygnatura, zdarzenie, kontekst, przeł. J. Margański, w: tegoż, Marginesy filozofii, KR, Warszawa 2002, s. 377-404. Wiele ciekawych kwestii związanych z tymi pojęciami porusza w przywoływanej książce o Derridzie M.P. Markowski, dz. cyt.

Tomasz Markiewka